Przejdź do treści

Czytelnia

Z Zambii ks. Andrzej Daniluk

  • ks. Andrzej Daniluk

Ta kobieta jak zwykle weszła do wody, nie przeczuwając żadnego niebezpieczeństwa. Nachyliła się, aby zaczerpnąć wody do plastykowego pojemnika i tak jakoś nieopatrznie zsunęło się z jej pleców dziecko, które przywiązane było chustą o nazwie citenga. Jej córka miała prawie dwa latka i kiedy woda plusnęła w tym samym czasie siedzący cicho krokodyl chwycił to dziecko w swoją paszczę.

16.11.2004

Kochany Księże Profesorze!

Po opuszczeniu Luwingu udałem się do Lusaki. Tutaj wszcząłem starania o otrzymanie tzw. work permit, czyli pozwolenie na pracę w Namibii. I jeszcze raz mogłem się przekonać, że Afryka ma swoje prawa i swoisty styl załatwiania. Tu nikt się nie spieszy, nie denerwuje. Wszystko w zasadzie dokonuje się grzecznie, co wcale nie znaczy, że skutecznie. Liczy się każdy detal w wypełnianiu formalności. Nic się nie da przeskoczyć. Był punkt w formularzu, aby zamieścić ostatnie świadectwo ukończenia szkoły czy studiów. Przez 20 lat pobytu w Zambii nic z tych rzeczy nie było mi potrzebnych, a tu nagle bez tego moje dokumenty zostały wstrzymane, aż do momentu dostarczenia wymaganego świadectwa. Dobrze, że i do Zambii dotarły nowoczesne osiągnięcia elektroniczne, więc w kilka godzin otrzymałem drogą e-mail wymagane świadectwo. Po tym to pozostało już tylko cierpliwe oczekiwanie na pozytywną odpowiedź. I w taki sposób czekam już drugi miesiąc.

W ramach wykorzystania tego czasu wybrałem się z moim przyjacielem księdzem Krystianem do uroczej misji leżącej w diecezji Lusaka - Chingombe. Pracuje tam od prawie 30 lat jeden z najwybitniejszych misjonarzy polskich, ks. Marcel Prawica. Człowiek i kapłan niezwykły. Urzeka wszystkich swoją dobrocią i gościnnością. Najprościej można go nazwać "żyjący święty". Pracuje już od tylu lat, na bez wątpienia najtrudniejszej misji w Zambii, gdzie praca mordercza, a klimat zabójczy. Parafię ma ogromną. Kiedyś sięgała aż do Kabwe, tj. około 200 km od Chingombe. Z tej parafii wyodrębniono inną parafię, w której pracują polscy księża i jeszcze jedna parafia ma być w przyszłości utworzona. A on przez tyle lat praktycznie sam obsługiwał. Przez kilka lat pomagał mu obecny kardynał Adam Kozłowiecki, potem jeszcze próbował swoich sił pewien ksiądz Zambijczyk, następnie pewien Polak, ks. Grzegorz, aż wreszcie dołączył do niego ks. Adam. Mając tak ogromny teren do obsługi, nic dziwnego, że utarło się o nim powiedzenie, iż spędza czas jeśli nie w samochodzie, to pod samochodem, reperując go.

Droga do Chingombe to koszmar, szczególnie w czasie pory deszczowej. Sama misja położona jest w ogromnej dolinie otoczonej wysokimi górami. Dostać się tutaj można tylko samochodem o napędzie na cztery koła. Droga przez góry ciągnie się przez około 40 km. Jedynie wprawny kierowca może pokusić się, aby ją przebyć. W wielu miejscach w górach starcza miejsca tylko na jeden samochód, o wymijaniu nie ma mowy. Ale prawdę mówiąc, ruch drogowy tam nie istnieje. Oprócz misyjnego samochodu trudno spotkać tam jakikolwiek inny. Czasem przemknie się jakiś rządowy samochód albo kłusowników, bowiem cała dolina to rezerwat przyrody. W niektórych miejscach samochód wspina się po bardzo stromych zboczach, potem pod tym samym kątem spada w dół, a na dodatek w czasie zjeżdżania w dół droga skręca. Gdyby podczas takiego zjeżdżania użyć hamulców, wtedy blokują się koła i samochód pojedzie prosto, a tam czeka kierowcę potężna kilkusetmetrowa przepaść i pewna śmierć. Niestety w taki też sposób zginął tam jeden z jezuitów. Ksiądz Marcel przemierza tę drogę przynajmniej dwa razy w tygodniu. Najczęściej czyni to nocami, bo wtedy to i chłodniej, i czas zaoszczędzony. Drogę tę zrobił słowacki jezuita o nazwisku Perdyk. Pracował on kiedyś w Chingombe jako brat. Stąd droga ta figuruje na mapach jako droga Perdyka (Perdyk Road).

W dolinie życie toczy się tak jak za dawnych lat. Tutaj można zobaczyć, jak Afryka wyglądała sto albo i więcej lat temu. Jeszcze nie spotkałem nikogo, kto byłby zawiedziony wyjazdem do Chingombe. Dawniej była to jezuicka misja. Nabyli oni te tereny od angielskiego osadnika o nazwisku Clark za pieniądze, które wystarała się obecnie błogosławiona Matka Ledóchowska. Polacy mają duży wkład w rozwój tej misji. Ziemie są bardzo żyzne. Uprawiano tu dużo drzew owocowych, warzyw, a najsłynniejsze po dziś dzień pozostały banany z Chingombe. Są bardzo dorodne i smaczne. Zapewne duży udział w jakości bananów ma bardzo gorąca pogoda, jaka tu panuje, oraz urodzajna gleba obfita w wodę.

Kiedyś były tu krowy, ale potem wyzdychały z powodu muchy tse-tse. Tak się rozprzestrzeniła, że już nie dawano sobie z nią rady. Wszystkie domowe zwierzęta padły jej ofiarą. I tak jest do dziś. Jedynie koty mają szansę przeżycia oraz buszowe psy. Każdy pies lepszej rasy kończył swój żywot w krótkim okresie czasu.

Z muchą tse-tse jest podobnie jak z komarami. Nie każda mucha jest przyczyną śpiączki. Można być pokąsanym przez sto much i nic się nie stanie, ale właśnie ta jedna może spowodować śpiączkę u swojej ofiary. Szczególnie muchy te dokuczliwe są podczas jazdy samochodem. Wpadają do środka poprzez otwarte okna i od razu zabierają się do roboty, kąsając pasażerów. Każde ukąszenie jest bolesne. Można porównać do ukąszenia muchy końskiej. Są tak agresywne, że człowiek nie jest w stanie opędzić się przed nimi. Pewnego razu, płynąc łodzią po rzece, obsiadły one moje plecy. Nie mogłem się od nich odgonić, bowiem łódka zrobiona była z pnia drzewa i nie lada sztuką było, aby w niej utrzymać się na wodzie. Lekkie zachwianie czy poruszenie mogło spowodować katastrofę. A w wodzie krokodyle tylko na to czekały. Kiedy przepływaliśmy po głębszych wodach, wtedy wstrzymywałem oddech, aby ograniczyć bujanie łódki. Ale Murzynek, który mnie wiózł, wiosłem odpędzał je z moich pleców, bo tak głośno krzyczałem z bólu. Na szczęście żadna z nich nie była przekaźnikiem śpiączki, bo już dawno popadłbym w błogi sen.

Niedaleko misji zainstalowano elektrownię wodną. Woda kanałem prowadzona jest do dużego budynku. Tutaj skierowana jest na turbinę i w taki sposób produkuje energię elektryczną. Wystarczy jej na oświetlenie misji, kościoła oraz domu sióstr zakonnych. Nie ma mocy, aby poruszać lodówki czy inne maszyny, ale żarówki święcą się na tyle jasno, że można wieczory spędzać na czytaniu lektur.

Misja zaopatrzona jest w traktor, który służy jako siła napędowa do pompowania wody do misyjnych tanków, jak również do koszenia lotniska. Używane ono jest w przypadkach szczególnych i podlega pod miejscowy szpitalik. Ciężkie przypadki ludzi chorych transportuje się samolotem do dużych szpitali. Informacja przesyłana jest drogą radiową do tzw. "flying doctors", czyli latających lekarzy i oni przylatują samolotem i decydują o losie chorego. W czasie mojego pobytu w Chingombe zdarzył się taki przypadek, że ludzie przywieźli człowieka poturbowanego przez hipopotama. Jedną nogę miał zmiażdżoną bardzo mocno, że siostra pielęgniarka wyrokowała, iż tylko amputacja tej nogi może tego człowieka utrzymać przy życiu.

Kiedy samolot zlądował na lotnisku, przetransportowano tego chorego do samolotu i zaraz miał wystartować w drogę powrotną. Jednakże pilot zboczył nieco z trasy i gdy samolot nabrał prędkości, jedno skrzydło samolotu zahaczyło o wystające trawy i tenże samolot skręcił raptownie w busz. Ujechał kilkadziesiąt metrów w buszu, aż w końcu zatrzymał się na grubszych drzewach. Samolot praktycznie rozsypał się, ale to, co było największym szczęściem, to fakt, że się nie zapalił. Nikt nie zginął w tym wypadku, ale mimo wszystko najbardziej ucierpiał tenże chory człowiek. Zaniesiono go na noszach z powrotem do szpitala i dopiero na drugi dzień został zabrany przez inny samolot.

Patrząc na misję, daje się zauważyć cały szereg nowoczesnych rzeczy, które zainstalowali tu polscy misjonarze. Teren misyjny odbiega od buszowych wioseczek. Wieczorem świeci się tu światło, w kranach płynie bieżąca woda, jest tu dom dla gości, bowiem wielu jest chętnych do odwiedzenia tego miejsca. Na skarpie wybudowany jest piękny kościół. W środku aż tchnie polskością. W głównym ołtarzu jest piękny obraz Matki Bożej sprowadzony aż z Lwowa. Nawet z tyłu kościoła wybudowano chór. Nie ma do niego schodów i wejść tam się nie da, ale chór jest. Tak budowało się w Polsce i tak też zrobiono tutaj.

Przy wejściu na misję wszystkich przybywających wita kamienna statua Matki Bożej. U jej stop odmawiany jest różaniec, śpiewana litania do Matki Bożej i inne modlitwy. W głębi misji znajdują się zabudowania sióstr Służebniczek Starowiejskich zwanych tu powszechnie jako "Blue Nuns", czyli niebieskie siostry. Nazwa wywodzi się od ich niebieskich habitów. Jeszcze kilka lat temu stała tu ruina ich pierwszego w Zambii domu. Stąd rozpoczynały one swoje posłannictwo. Niedawno obchodziły siedemdziesiątą piątą rocznicę przybycia do Zambii. Prowadzą one miejscowy szpitalik, jak i szkołę podstawową.

Misjonarze nie zatrzymali się nad rozwojem misji. Bliżej wioski wybudowali warsztat dla chłopców, którzy przyuczają się do rożnych potrzebnych w życiu zawodów. Obok jest biuro, którego zadaniem jest koordynacja rozwoju rożnych dziedzin życia.

Pewnego razu, jadąc z księdzem Marcelem samochodem, zauważyłem, że z niektórych ubikacji wystają takie długie, azbestowe rury. Domyślałem się, że tego miejscowi ludzie nie wymyślili i że autorem tego pomysłu jest ks. Marceli, więc spytałem go, po co są te rury przy kibelkach? A on odrzekł: No jak to po co, żeby nie śmierdziało. A mnie się jakoś tak wyrwało: A co to za kibel, co nie śmierdzi! I wtedy zobaczyłem wzburzoną minę ks. Marcelego i tylko zadrgała mu ręka oparta na kierownicy samochodu gotowa do tego, aby mi przyłożyć. Ale opanował się i po chwili ciszy znów wszystko było dobrze.

Dla mnie największą atrakcją w Chingombe było łowienie ryb. W dolinie jest kilka rzek, które wszystkie łączą się w jedną rzekę i wpadają do dużej rzeki o nazwie Lwangwa. Rzeki te są bardzo rybne. Ludzi jest stosunkowo mało, więc ryby nie są wyłapywane, jak to ma miejsce w innych częściach Zambii.

Zaraz na drugi dzień po przybyciu udaliśmy się z ks. Krystianem nad rzekę. Jechaliśmy samochodem przez busz, trudno tu mówić o jakiejkolwiek drodze, ale silny samochód radzi sobie dobrze po tych wertepach. W jednym miejscu zakopaliśmy się w korycie wyschniętej rzeki, ale po kilku próbach wydostaliśmy się na twardy grunt. Przy okazji zaatakowały nas muchy tse-tse. Oganialiśmy się, czym się dało. Od tego czasu towarzyszyły nam one aż do samej rzeki. Ujrzawszy rzekę zapomniałem o muchach, gdyż otworzył się przede mną cudowny widok. Woda czyściutka jak ze studni. W październiku nie ma jej za dużo w korycie, stąd rozpościerają się rozległe piaski pokryte małymi kamykami. Przy mojej tuszy chodzenie po takich piachach wymaga nia lada wysiłku. Stopy zapadały się powyżej kostek i po kilku minutach takiego pochodu przystawałem dla złapania oddechu. Podziwiałem Murzynka, który nas pilotował. Jego szerokie i długie stopy ledwie dotykały powierzchni i wcale nie odczuwał trudów pokonywania tej mini pustyni.

Nad rzeką spotkaliśmy znajomych z łódkami. Przewieźli nas na drugą stronę. Tam też wycieli krzaki i w taki sposób powstało stoisko do łapania ryb. Ponad naszymi głowami rozpościerały się rozłożyste gałęzie, które dawały błogi cień. Październik to najgorętszy miesiąc w Zambii, a ta dolina słynna jest z gorąca. Nie wiem, czy ktokolwiek wytrzymałby, stojąc na słońcu przez kilka godzin. Ja ratowałem się, pijąc wódę. Wypijałem jej nad rzeką przynajmniej 10 litrów dziennie. Nawet siedząc w cieniu, organizm domagał się płynu. Kiedy zajęliśmy swoje stanowiska i gdy zapanowała cisza, wtedy zaczęły wynurzać się krokodyle. Właściwie to wynurzały tylko swoje nosy i oczy. Niektóre dawały się zobaczyć z odległości kilku metrów od brzegu. Krokodyle mają wyśmienity wzrok. Dostrzegają wszystko nawet z dużej odległości. Dlatego też nie pozostają przez dłuższy czas na powierzchni wody. Zorientują się, co dzieje się na zewnątrz, i zaraz znikają pod wodą. Czynią to bardzo cicho i delikatnie. O to właśnie im chodzi, aby były niezauważalne. Jednakże krokodyle z tej rzeki nie należą do agresywnych. Miejscowi ludzie są z nimi obyci. Jakiż to częsty obrazek spotyka się tutaj, że człowiek siedzący w łódce zajęty jest łowieniem ryb, ciągnięciem sieci czy też płukaniem ich, a tuż obok głowa krokodyla przyglądająca się czynnościom rybaka. Ludzie przywykli do obcowania z krokodylami. One właściwie nie wywołują lęku ani paniki na ludziach. Można by się pokusić o opinię, że żyją ze sobą w przyjaźni. Sytuację taką tłumaczy fakt, że żyje w tych rzekach bardzo dużo ryb, a więc krokodyle nie muszą szukać pożywienia, nie znają głodu i tym samym nie atakują ludzi.

Ale w czasie mojej pierwszej wizyty w Chingombe miało miejsce takie zdarzenie. Pewna kobieta poszła do takiego strumyka może dwa lub trzy metry szerokiego. Nazywa się go tam rzeką Chingombe. Woda bierze swój początek ze źródła w górach. Jest czysta, więc ludzie czerpią tę wodę do picia. Brzegi tej rzeczki porośnięte są krzewami, po dnie wiją się wiecznie zielone trawy i inne wodne rośliny. Tu i ówdzie przemkną ławice drobnych rybek, które nie wzbudzają zainteresowania miejscowych ludzi, bo w większej rzece w czystej wodzie można napatrzeć się na prawdziwe okazy ryb różnego rodzaju. Jest płytka, nie ma na niej mostu. Ksiądz Marcel przejeżdża przez nią wpław swoim samochodem. Zapewne w sezonie mokrym jest w niej więcej wody, ale też nie za dużo, bo inaczej misja odcięta byłaby od świata.

Otóż ta kobieta jak zwykle weszła do wody, nie przeczuwając żadnego niebezpieczeństwa. Nachyliła się, aby zaczerpnąć wody do plastykowego pojemnika i tak jakoś nieopatrznie zsunęło się z jej pleców dziecko, które przywiązane było chustą o nazwie citenga. Jej córka miała prawie dwa latka i kiedy woda plusnęła w tym samym czasie siedzący cicho krokodyl chwycił to dziecko w swoją paszczę. I tak trzyma to dziecko w zaciśniętych zębach. Zdesperowana kobieta zaczęła krzyczeć o pomoc, ale wioska była położona nieco dalej i nikt jej nie słyszał wołającej. Co gorsze nie miała nic pod ręką, aby zagrozić krokodylowi. Dziecko jęczało z bólu, więc ona, nie zastanawiając się wiele, włożyła w paszczę krokodyla swoją rękę i chwyciła dłonią jego język. W tym czasie krokodyl potrząchnął swoim łbem i wypuścił dziewczynkę, która z powrotem wpadła do wody. Dzielna matka złapała córkę w swoje ręce i wyskoczyła czym prędzej na brzeg, ratując w taki sposób życie swojej małej córeczki. Tylko matka była w stanie ratować w taki sposób swoje dziecko i tym samym narażając swoje życie. Widziałem potem tę dziewczynkę w miejscowym szpitalu, bowiem rany zadane przez krokodyla goją się bardzo trudno. Siostra Marta pracująca w tym szpitalu długo jeszcze przemywała rany tej dziewczynki aż do zagojenia. Wszyscy cieszyli się z takiego obrotu sprawy, bowiem dziewczynka przeżyła ten straszny wypadek i żyje do dziś.

Ludzie potem dziwili się, jak ten krokodyl znalazł się w tej małej rzeczce, przecież nigdy wcześniej nie widywano tu krokodyli. Jak widać krokodyle zawsze pozostają bardzo groźne dla człowieka i pomimo rożnych opinii na ich temat zawsze trzeba trzymać się na baczności i być ostrożnym. W ostatnich czasach więcej ludzi w Zambii ginie lub jest zranionych przez hipopotamy aniżeli przez krokodyle.

A i my siedząc na brzegu tej dużej rzeki, w pewnym momencie usłyszeliśmy plusk wody i przerażające rżenie. A nasi tubylcy wybuchnęli śmiechem, oznajmiając nam, że to przebudził się hipopotam. Jeszcze niedawno było ich w tym miejscu dwa, ale przyjechali jacyś ludzie i zastrzelili jednego z nich. Cieszyli się z tego, bo i im dostało się trochę mięsa. Zachwalali, że było smaczne. Hipopotamy znane są z tego, że miejsca, w których przebywają, należą do nich. Każdy intruz na ich terytorium jest przez nich atakowany. I miałem okazję napatrzeć się na zachowanie hipopotama. Kiedy pojawił się rybak na łódce, wtedy hipopotam ginął z powierzchni wody i w krótkim czasie pojawiał się przy łódce rybaka. Wydawał potężne ryki, jakby był gotowy do zaatakowania. Ludzie wiedzieli, że w tym miejscu jest hipo, więc płynęli łódkami blisko brzegu. Kiedy spodziewali się hipopotama blisko swojej łódki, wtedy wyskakiwali z niej na brzeg i obserwowali jego zachowanie. Gdy hipopotam pojawił się nieco dalej, był to czas, aby znów przemierzyć kilkanaście metrów łódką do przodu. I to był jedyny sposób uniknięcia starcia się z hipopotamem. A myśmy siedzieli w odległości 30 metrów od niego i do nas tenże hipopotam nie przejawiał agresji. Najbardziej drażniły go łodzie. Wielu ludzi przepływało koło nas i dla nich spotkanie z krokodylem było zabawą.

Siedząc na brzegu rzeki, miałem okazję porozmawiać z rybakami. Wypytywałem ich o to, co interesowało mnie z ich życia i w pewnym momencie spytałem ich, czy w tej dolinie mieszka ich król? Jeden z nich żywo odpowiedział mi, że ich królem jest ksiądz Marceli. Zaraz szybko umotywował swoją odpowiedź, że to właśnie ks. Marcel dba o nich. Dzięki niemu mają szpital, szkołę, transport do miasta. To on wywozi banany, które oni uprawiają do miasta, i tam je sprzedaje. Z tych pieniędzy kupują ubrania, opłacają szkoły swoim dzieciom i dzięki niemu po prostu żyją jako tako w tej dolinie. W końcu wszyscy razem przytaknęli, że im nie potrzeba lepszego króla.

W tym dniu udało nam się złapać po jednej rybie, ale każda z nich ważyła 12 kilo. Więcej nam nie trzeba było, bowiem w domu nie było gdzie ich trzymać. Zamrażarka na misji jest jedna i obsługuje tak siostry, jak i księży. Przywiezione ryby musieliśmy spożywać czym prędzej w obawie, aby się nie popsuły. Za dwa dni pojechaliśmy raz jeszcze na połów. Mój kolega złapał rybę o nazwie wundu, która ważyła 22 kilo. Pierwszy raz w życiu łapał ryby i z takim efektem. Ale jedliśmy ją wszyscy razem i była bardzo smaczna. W drodze powrotnej znów zakopaliśmy się w korycie wyschniętej rzeki. Tym razem spędziliśmy więcej czasu, aby się wydostać na twardy grunt. Właściwie to zastała nas tam już noc. Tutaj słońce zachodzi bardzo szybko. Ku naszemu nieszczęściu wysiadły światła w samochodzie. Jechaliśmy po omacku, wyczuwając, gdzie może być droga. Trochę pomógł nam księżyc, ale kiedy byliśmy już blisko domu, wjechaliśmy w teren zalesiony. Z jednej strony słychać było rwący potok, a z drugiej wysokie drzewa. W takim układzie nie odważyłem się jechać dalej.

Posłaliśmy Murzynka po ks. Marcelego. Po kilku minutach zjawił się swoim samochodem. Pewnie myślał, że rozbiliśmy się na drzewie. Miał ku temu powód, bowiem kilka lat wcześniej tym samym samochodem wjechałem do jego domu. Samochód ten nie miał hamulca już od niepamiętnych czasów. Nie było dużej prędkości, ale samym ciężarem swoim otworzył on ścianę domu misyjnego. Ks. Marcel spodziewał się i tym razem czegoś podobnego. Po zatrzymaniu swego samochodu szybko biegł w moim kierunku, spodziewając się najgorszego, a ja rozwarłem ramiona i wykrzyknąłem w jego kierunku: Królu mój złoty! I tak padliśmy sobie w objęcia. I w tym momencie pomyślałem sobie, że jednak ksiądz Marcel jest królem.

ks. Andrzej Daniluk, Zambia
(list pisany do ks. Stanisława Szmidta)

Autor

ks. Andrzej Daniluk


Udostepnij