Przejdź do treści

Czytelnia

Smutek zmieszany z radością

  • Magdalena Smoleń

Gdy idę przez wioskę, wszyscy mnie serdecznie pozdrawiają - niektórzy po angielsku, inni niepewnie po cibemba. Gdy zaczynam rozmawiać z Nimi w ich lokalnym języku, wszyscy się cieszą. Dzieciaki łapią za ręce jeden przez drugiego, wskakują na "barana". Jeden przez drugiego krzyczą "muli shani, Magda".

Mansa, 2 listopada 2005

Drodzy Przyjaciele!

Każdy dzień tu na misji przynosi nowe przeżycia i doświadczenia. Postaram się opisać niektóre z nich. Wśród natłoku prac czas upływa szybko, jednakże gorący klimat, jaki teraz tutaj mamy, sprawia, że się tego nie zauważa. Panuje tu już prawdziwie afrykańska pogoda - 39 stopni w cieniu to już normalka, a czasem do tego wieje taki silny wiatr - zupełnie jak nasz halny w górach. Tumany kurzy, który ze sobą niesie, są nie do zniesienia. Wszyscy teraz tu na dniach wyczekujemy na deszcz. Ale dość o pogodzie.

Rok szkolny w naszej szkole podstawowej powoli dobiega końca. Na początku listopada uczniowie klasy siódmej będą pisać egzaminy państwowe na zakończenie szkoły. U mnie w szkole studenci kończą roczny kurs krawiecki. Na początku grudnia czekają ich egzaminy praktyczne i teoretyczne. Otworzyłam nowy kurs pisania na maszynie. Porozklejałam po mieście ogłoszenia, znalazłam nauczycielkę, przygotowałam maszyny i młodzież ruszyła do nauki. W zeszły piątek mieliśmy warsztaty dla dzieci na temat własnej wartości, przyjaźni itd. (wszystko w kontekście aids i podniesienia samooceny).

W październiku naszą misje odwiedziła siostra Maria Dominika z Rzymu, która wizytowała wszystkie wspólnoty sióstr salezjanek w naszej prowincji.

Przez ponad tydzień byłam na misji z Basią, Asią (nasze wololontariuszki z MWDB), Simoną i Marzia (wolontariuszki z Włoch). Siostry pojechały do Lusaki. Miałam tu prawdziwe urwanie głowy. Karmienie psów, królików, gołębi, ogrodnika Bakunda, moją szkołę krawiecką i Don Bosco, zamykanie bram, otwieranie, włączający się alarm w kuchni. Dzielnie spisywały się nasze dziewczyny (pierogi, gołąbki, pyszności że aż palce lizać). Prudenec miała atak padaczki, chłopak pobił się z dziewczyną i dużo by jeszcze wymieniać niestety musze przyznać się do tego, że w ferworze tych wszystkich obowiązków niedopilnowałyśmy królików i nasz "dzielny" pies Gridzo zagryzł matkę królików i jednego małego królika. Osierociła ona 6 małych króliczków, niestety mimo naszych usilnych wysiłków (przez tydzień karmiłyśmy je mlekiem co 4 godziny) wszystkie nam zdechły. Mieliśmy też małą trąbę powietrzną, która przeszła przez nasze podwórko. Z opowieści wiem, że czeka nas jeszcze małe trzęsienie ziemi, które często o tej porze roku się tu zdarza.

Oprócz pracy w szkole chodzę "podglądać" s. Marię do kliniki. Malaria, skręcenia nóg, ukąszenia węża, porody. Ostatni przypadek to 5-letni poparzony chłopczyk. Ręce i nogi, choć nie płakał, to musiało go to nieźle bolec, bo aż w pewnym momencie zemdlał. Smutna historia. To chłopczyk, którego przyniosła po porodzie babcia. Mama rodziła w domu i niestety zmarła. Urodziła bliźniaki. Z jednym było wszystko dobrze, niestety drugie dziecko miało komplikacje. To wszystko, co dziecko powinno mieć w brzuszku, ono miało na zewnątrz. Pewnie wystarczyłaby tylko operacja. Niestety babcia przyniosła go do kliniki 12 godzin po urodzeniu. Jak wsadzałyśmy go z siostrą Marią do ambulansu, to siostra mówiła, że jest już za późno.

I jeszcze jeden przypadek medyczny. Jak wracałam rano z kościoła, spotkałam chłopczyka siedzącego pod drzewem, który zakrywał twarz rączkami. Podeszłam i pytam się, co mu jest. Okazało się, że ma sok trującej rośliny w oku (takiej zielonej z kolcami, której tu jest pełno). Więc co tu robić? Wzięłam go do pokoju nauczycielskiego i razem z nauczycielami udzieliliśmy mu pierwszej pomocy - wkropiliśmy kilka kropel mleka do oczu. Czyli tak, jak nam mówiono w Ośrodku (a mleko mieliśmy z kartonu). Smutno się pisze o takich historiach, żal za serce ściska.

Ale są też radosne momenty. Gdy idę przez wioskę, wszyscy mnie serdecznie pozdrawiają - niektórzy po angielsku, inni niepewnie po cibemba. Gdy zaczynam rozmawiać z Nimi w ich lokalnym języku, wszyscy się cieszą. Dzieciaki łapią za ręce jeden przez drugiego, wskakują na "barana". Jeden przez drugiego krzyczą "muli shani, Magda". Ja zawsze odpowiadam "bwino, bwino". Wystarczy, że pogłaskam je po głowie, przytulę a na ich twarzach pojawia się uśmiech.

Serce się raduje również, gdy dzieciaki trzymają mnie kurczowo i nie chcą mnie puścić, a ja muszę niestety już wracać. Gdy studenci przychodzą i są wdzięczni za możliwość nauki, gdy Vincent cieszy się, że może szyć mundurki do szkoły i ma pieniądze dla swojej rodziny, gdy Christopher chce, abym go uczyła, jak obsługiwać komputer, gdy zapraszają mnie do siebie do domu.

Popołudniami dzieciaki pod drzewem manga uczą mnie języka cibemba. Nieźle się przy tym bawimy i śmiejemy, bo język cibemba jest językiem tonacyjnym, więc jeśli nawet dobrze zapamiętam słówko, lecz powiem go z niewłaściwą tonacją, to znaczy ono zupełnie co innego. Wszyscy mamy przy tym niezła zabawę.

Pewnego dnia wybraliśmy się z dzieciakami na pole zbierać kasawe. Zaopatrzeni w motyki, tasaki i wszystko, co było ostro zakończone, poszliśmy na pole, aby ja wykopać. Żar lał się z nieba i z nas. Potem trzeba było ją oczyścić, przez kilka dni moczyć w wodzie, wysuszyć i można z niej przyrządzać posiłki. Ale jak jestem już przy jedzeniu, to muszę Wam wspomnieć o katapilas - czyli takich małych owadach, które zamieniają się w motyle. Są bardzo dobre (gdybym mogła, to przesłałabym bym Wam kilka abyście spróbowali). Po oczyszczeniu, moczy się je w wodzie, a potem smaży i można je jeść.

Codziennie słyszę, o jakiś pogrzebach, ciągle ktoś umiera, a to brat naszej studentki, a to córka pana z sąsiedztwa, a to mąż nauczycielki, i można by tak wyliczać. I tak łzy radości przy porodzie mieszają się ze łzami smutku dziadków chowających swoje dzieci. I tak mijają mi te dni na zambijskiej ziemi. Piękno miesza się ze smutkiem, radość z cierpieniem, uśmiech dzieci z łzami dziadków, spokojne sielskie życie z chorobami.

Wszystkim przesyłam gorące pozdrowienia z ziemi zambijskiej. To Ja już kończę, do usłyszenia następnym razem.

Wszystkim Wam bardzo dziękuje za modlitwę i nadal się Jej polecam.

Z modlitwą
Magda Smoleń

Autor

Magdalena Smoleń

Źródło

Międzynarodowy Wolontariat DON BOSCO


Udostepnij