Przejdź do treści

Czytelnia

Wysokie i zimne Andy

  • Gosia Bakun

Głównie wieczorem mam chrypę od gadania, tłumaczenia etc. Ale dzieci są tutaj też bardzo otwarte na wiedzę. Przejawiają też solidarność, w Lares nie ma harmonogramu zajęć, ale wszystko sprawnie przebiega, głównie dzięki starszym, gdyż model jest następujący: starsi są odpowiedzialni za młodsze dzieci. A więc myślę, że Bóg posłał mnie w dobre miejsce, gdzie czuję się potrzebna i przez to i spełniona.

Witajcie Wolontariusze w 4 zakątkach Świata!!!

Jak się macie? Co porabiacie? Co słychać w naszym kraju?

W Lares jestem prawie całkowicie odłączona od cywilizacji, gdyż nie ma tu ani Internetu, jeden telefon na ulicy, głównie porozumiewamy się tutaj przez radio, ale to tylko w sprawach lokalnych. Ale ten brak cywilizacji wcale mi bynajmniej nie przeszkadza, gdyż mogę poczuć się jak prawdziwa mieszkanka wysokich And - niedostępnych, dzikich i osnutych tajemnicą. Jedyna niekorzyść tutaj to zimno, które przenika do szpiku kości. A nie dziwne, bo Lares leży na wysokości 3400 m n.p.m., co gorsza właśnie nadeszła pora deszczowa, co oznacza, że leje jak z cebra - dziś jest to już 3 dzień. Deszcz mniej więcej przestaje padać co pół godziny, ale już po paru minutach pada znowu. Pierwszy raz kiedy zaczęło padać z niedzieli na poniedziałek, myślałam, że za chwilę przebije się przez dach, tak silne strugi uderzały o zadaszenie mojego pokoju. Podobno tak będzie przez parę miesięcy, z przerwami na chwile słońca. Są jednak duże plusy opadów - ostatnio rolnicy modlili się na Mszy niedzielnej o wodę, gdyż ich uprawy wysychają, poza tym po deszczu wszystko przybierze czyste, żywozielone barwy i będzie pięknie. Już nie mogę się doczekać.

No ale może trochę o Lares. Jest to miasteczko, leżące około 3 godz. od Cusco. Najpierw trzeba dojechać z Cusco asfaltówką do Calca, z której wyjechałam (o tym za chwile), a potem karkołomna droga z Calca do Lares. Trasa jest przepiękna, generalnie trzeba się wspiąć wysoko na około 5000 m n.p.m., a potem się zjeżdża na 3400 m n.p.m., droga wybija z rytmu, głównie przez zmiany wysokości i ciśnienia, tez zakręty i kamienie (nawierzchnia jest surowa) strumyki, które czasem przeobrażają się w rzeki (np. teraz, kiedy pada trasa jest bardzo trudno przejezdna, w sumie prawie wcale, bo na wysokościach leży śnieg). Lares jest bardzo spokojnie, ludzie głównie trudnią się rolnictwem, ci, którzy nic nie robią przesiadują całymi dniami na ławce w centrum. Rzecz, z jakiej Lares słynie, to gorące źródła, które przynoszą ukojenie, szczególnie kąpiele nocne, przed snem, które rozgrzewają przed zimną nocą (póki co mogę wziąć jedynie zimny prysznic w moim pokoju, aczkolwiek Padre Cayetano z przyjemnością użycza mi swojego hot shower).

Musiał tu być chyba jakiś wulkan, który dawno temu wygasł, choć nie wiem do końca, jak to jest z gorącymi źródłami, muszę poczytać o genezie ich powstania... Góry są zupełnie inne niż w Calce, gdyż Lares leży 4 godz. od dżungli, więc roślinność przybiera nieco inna szatę, i generalnie jest jej znacznie więcej w porównaniu do suchych i spalonych gór Świętej Doliny, w której leży Calca (jak to dobrze, że mam możliwość porównania).

Lares jest dużo bardziej folklorystyczny niż Calca, np. śluby odbywają się w tradycyjnych strojach: młodzi cisi, pokorni, ze spuszczoną głową, panna młoda z upiętym, grubym, kruczoczarnym warkoczem (tu kobiety nie obcinają włosów), w białej bluzce i bogato haftowanej spódnicy i narzutce (tu im więcej spódnic - tym wyższy status społeczny), oboje z bukietem polnych kwiatów w dłoniach. Ludzie ci są tutaj bardzo prości, ale jakże piękna ta pokora i prostota! Jakże naturalna! Językiem używanym na co dzień jest quechua, także dzieciaki również się nim posługują miedzy sobą. I wreszcie mam warunki na naukę, no i czas przede wszystkim! Śluby też są dwujęzyczne miałam już okazje być na trzech i jednym chrzcie, nawet Padre Cayetano zabrał mnie na obiad z okazji chrztu.

Co do folkloru zaraz po przyjeździe akurat dobywały się Dni Virgen de la Natividad zatem tańce, z których najbardziej podoba mi się "coya" bardzo bogato ubrane panienki przytupują i wymachują chusteczkami - bardzo to wszystko kolorowe. Fiesty mają swój urok, ale niespecjalnie za nimi przepadam, gdyż lokalni ludzie traktują je głównie, żeby się upić "chicha". Czasami obrazki są szokujące już w czasie Mszy, a tuż po jej zakończeniu leje się "chicha" z każdej strony. Brzydkie to obrazki, ale też pokazujące płytkość tych ludzi. Oni maja duży szacunek do monumentów, posągów świętych, podobnie jak Hiszpanie, na większą głębie nie ma co tutaj liczyć.

A zatem teraz - Lares. Padre Cayetano jest bardzo energiczną osobą, oprócz parafii w Lares objeżdża 20 innym wiosek, do których najczęściej można się dostać tylko na piechotę, przemierzając np. 4 góry. Ale góry tutaj - czasami przejść dwie z nich to wyprawa na cały dzień. Moja praca tutaj to też Domek "Casita Domingo Savio", ale różnica zasadnicza, że mam tutaj 63 dzieci, głównie młodzież w wieku 17-20 lat, ale są też maluszki, mające 6-7 latek i te są najzabawniejsze! Wszystkie dzieci do południa idą do szkoły i wracają o 13.30, na obiad. Do południa przez te 2 tygodnie na początku spałam i wypoczywałam, bo zmiana wysokości bardzo na mnie wpływała, a od półtora tygodnia zajmuje się organizowaniem akt dzieci - to co zrobiłam też na początku w Calca.

Padre Cayetano o wszystko dba, przede wszystkim o dzieciaki. Jest otwarty na moje propozycje, darzy mnie zaufaniem, radzi się we wszystkim, nawet w sprawach architektonicznych. Podoba mi się też, iż tutaj nic się nie marnuje. Padre Cayetano ma bardzo ekonomiczne podejście do życia, czasami nawet za bardzo... W Domku jest podział obowiązków: Cristo jest odpowiedzialny za sprawy techniczne, Roberto za dzieci, a ja głównie pomagam dzieciom w pracach domowych, chodzę z nimi do lekarza, dopinam akta, uczę ich modlitwy, edukuję w zakresie higieny (rano i wieczorem wyciskam pastę na 63 szczoteczki), ze starszymi rozmawiamy o życiu, planach i wyborach, z młodszymi organizuję zabawy edukacyjne, a wszystko w kooperacji z Roberto (przemiły 25-latek), przestawiamy też meble, sprzątamy półki, kupujemy ubrania, a są tu duże potrzeby.

W weekendy, w odróżnieniu od Calca, dzieci mogą iść do domu, ale zwykle zostaje garść, raz ok. 15, ostatnio prawie 30. Więc pakujemy chleb i wodę i idziemy razem w góry. Dzieci uwielbiają te wyprawy. Już w poniedziałek mnie pytają: Hermana, a dokąd pójdziemy następnym razem? No właśnie, bo tu wołają na mnie siostro, jak do jakiejś zakonnicy. Czasami obcy podchodzą i pytają: "Pani naprawdę jest siostrzyczka? "No bo dziwna siostrzyczka, która w dwuczęściowym stroju kąpielowym zażywa kąpieli w gorących źródłach.

No to teraz trochę o warunkach życia. Dzieciaki mieszkają w 4 różnych pomieszczeniach, w których właściwie poza łóżkiem, półką na szczotki do zębów, miską, w której mają zwykle jedno ubranie na zmianę, nie mają nic innego. Cały rok, nawet w tym zimnie, chodzą w sandałach, nie mają ciepłych ubrań, więc na okrągło, szczególnie te maluchy, biegają z gilami... też ich uczę czyścić nos. Jędzą tylko za pomocą łyżek, gdyż nie ma ani noży, ani widelców, mają tylko zimna wodę... taka jest realność. Jedzenie, które spożywam wraz z nimi, też nie jest bardzo zróżnicowane: śniadanie: mleko z proszku i 2 bułki, obiad: zupa (warzywa i kasza na wodzie) i ryż z czymś tam, do tego rumianek albo koperek do popicia. Na kolację jedzą zupę, która zostaje z obiadu. Mnie tam jedzenie odpowiada, bo ja nie mam dużych wymagań, mięsa nie jadam, problem jednak w tym, iż dla mnie życie na takich wysokościach i przy takich temperaturach jest dużą zmianą, więc ciągle mam tu wilczy apetyt, co się wiąże z tym, że przybyło mi jakieś 5-6 kilo. Ale cóż, warstwa ochronna w postaci tkanki tłuszczowej jest tu niezbędną, choć i tak nie pomaga. Najgorsze dla mnie jest to, że nie da się specjalnie pouprawiać tu sportów, bo jest zimno, deszczowo. Też nie mogę się zmobilizować. Ta wysokość jakoś pozbawia energii, a wspinaczka górska wyciska płuca na maxa. Padre Cayetano twierdzi, że on nigdy nie przystosuje się do tych warunków klimatycznych, i chyba ma rację - tutaj trzeba się urodzić.

Mój rozkład dnia jest taki, iż do 13.30 jestem wolna, ale ten czas póki co poświęcam na prace administracyjne. Potem do nocy towarzyszę dzieciom: razem jemy, sprzątamy (tutaj są kucharki, które gotują), odrabiamy lekcje, oglądamy telewizję, modlimy się w kościele (co wieczór mamy historię na dobranoc), a potem towarzyszę im, aż pójdą spać, maluchy trzeba położyć do łóżek, bo boją się kukuchich (w języku quechua są to duchy). I sama około 10 też się kładę, bo po zajęciach z nimi czuję się wyeksploatowana. Ciężko jest pomagać wszystkim, kiedy każdy ma inny problem i chce być pierwszy.

Głównie wieczorem mam chrypę od gadania, tłumaczenia etc. Ale dzieci są tutaj też bardzo otwarte na wiedzę, są dużo bardziej pokorne niż w Calca, posłuszne i sympatyczne, co bardzo mnie cieszy. Przejawiają też w dużo większym stopniu solidarność, w Lares nie ma harmonogramu zajęć, ale wszystko sprawnie przebiega, głównie dzięki starszym, gdyż model jest następujący: starsi są odpowiedzialni za młodsze dzieci.

A więc myślę, że Bóg posłał mnie w dobre miejsce, gdzie czuję się potrzebna i przez to i spełniona. Dziękuję Wam wszystkim za pamięć o mnie i modlitwy. Teraz muszę się przygotować, bo wyjeżdżamy do Cusco, odwiedzić Beltrana w szpitalu i skonsultować przypadłość Wilberta. Może zostanę na parę dni, aby trochę odpocząć i zakupić trochę ciepłych ubrań. Zobaczymy.

Trzymajcie się wszyscy Wolontariusze!

Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich Kapłanów, Siostry i Pracowników Ośrodka Misji Salezjańskich!

Gosia Bakun MWDB

PS. Właśnie przyjechałam dziś z Cusco do Calki, aby odwiedzić Dzieciaki.

Gosia Bakun

Autor

Gosia Bakun

Źródło

Międzynarodowy Wolontariat DON BOSCO


Udostepnij