Przejdź do treści

Czytelnia

Droga przez mękę

fot. mysl.pl
fot. mysl.pl

Rozmowa z Henrykiem Gabryelem - świadkiem i towarzyszem więziennej tułaczki "poznańskiej piątki".

Trzymam w ręce oryginał wyroku, który zapadł 60 lat temu w Pana sprawie: dwanaście miesięcy więzienia wraz z zaliczeniem dotychczasowego aresztu. Co spowodowało, że Pan jako jedyny z 6 oratorianów, aresztowanych we wrześniu 1940 roku, wyszedł szczęśliwie na wolność?

Tragiczne wspomnienia sięgają daty 23 września 1940 r., kiedy to w ową pamiętną noc cała nasza piątka (Edwarda Klinika aresztowano dwa dni wcześniej) odwieziona została do Domu Żołnierza w Poznaniu - dawnej siedziby Gestapo. Byłem wówczas nieświadomy całej sytuacji i uważałem to zajście za pomyłkę. Przez myśl przechodziło mi tylko jedno "pewnie chcą nas wysłać na roboty do Niemiec". Na wstępnym przesłuchaniu usłyszałem, że jestem posądzony o przynależność do tajnej organizacji wojskowej działającej na szkodę III Rzeszy, o istnieniu której zupełnie nie miałem pojęcia i rzeczywiście do niej nie należałem. Dopiero po zamknięciu nas w celi dowiedziałem się od moich kolegów, że faktycznie byli oni członkami tej organizacji (wyraziłem nawet żal, że ukrywali to przede mną, bo zwykle byliśmy szczerzy wobec siebie), a mnie obserwowali wykorzystując do roznoszenia tajnych gazetek, chcąc niebawem zaproponować mi wstąpienie w jej szeregi. Nie zdążyli. Dzisiaj wierzę, że zrządziła to Opatrzność Boża, bym pozostał jako świadek, który przeszedł "cela w celę" drogę przez Fort VII, więzienia na Młyńskiej w Poznaniu, we Wronkach, Berlinie i Zwickau, by móc później swoimi wspomnieniami, napisanymi krótko po wyjściu na wolność świadczyć o ich świętości.

Przebywał Pan z niezwykłymi ludźmi, dzieląc z nimi cierpienia aresztowania. Proszę powiedzieć jak wyglądała ta ich droga do świętości?

Byli zwykłymi chłopcami, pełnymi planów, marzeń, młodzieńczych figli, takimi, jacy wówczas chodzili po poznańskich ulicach, ale wspólne godziny spędzane w salezjańskim oratorium, poznanie księdza Bosko, jego duchowości i systemu wychowawczego opartego na wartościach płynących z wiary sprawiły, że pozbawieni byli buntu, nienawiści.

Kształtowana w nas przez wychowawców miłość i pokora pomogły nam w latach więziennej tułaczki jeszcze bardziej zjednoczyć się z Bogiem i powierzyć Maryi Wspomożycielce. Nie zwątpiliśmy nigdy, nawet w okrutnych warunkach, podczas więziennej gehenny, pozostawaliśmy apostołami księdza Bosko. Nie załamało nas śledztwo, rozdzielenie po różnych celach, terror i uciążliwy głód. Pomimo udręczeń fizycznych, moralnych, stosowanych tortur, gdy tylko drzwi zamykały się za odchodzącym gestapowcem, wracały humor i pogoda ducha. Często współwięźniowie mówili, że jesteśmy jacyś inni i pytali, czy przypadkiem nie jest nam dobrze w więzieniu.

Przez cały czas pozostawaliśmy wierni praktykom religijnym, towarzyszyły nam codziennie salezjańskie modlitwy poranne i wieczorne. Dzień zaczynaliśmy od śpiewania "godzinek", w październiku pamiętaliśmy o różańcu, przed dniami związanymi z uroczystościami ku czci św. Jana Bosko odmawialiśmy nowennę. Rozmyślania Drogi Krzyżowej towarzyszyły nam w Wielkim Poście a myśli kierowaliśmy wówczas na Mękę Pana Jezusa. Mimo dręczącego nas głodu potrafiliśmy zdecydować się w Wielkim Tygodniu na ścisły post, ofiarowując go w intencji "o Boże zmiłowanie nad nami" odkładając głodowe racje chleba pod materac, by w Święto najeść się do syta. Nie przypuszczaliśmy, że chleb ten spleśnieje i trzeba będzie obejść się smakiem.

Gdy tylko było to możliwe spełnialiśmy te praktyki wspólnie nie zważając na ironiczne często uwagi współwięźniów. Gdy nie mogliśmy być razem - łączyliśmy się w modlitwach duchowo. U tych więźniów, którzy nie wierzyli na ustach były złorzeczenia, przekleństwa - straszna była dla nich ta niewola. Nasza wiara i ufność przynosiły nam spokój, pomnażały naszą wiarę i nadzieję "On wie, czego nam potrzeba, On nas doświadcza i próbuje" - pocieszaliśmy się. Tu w więziennych warunkach odkrywaliśmy się przed sobą, poznawaliśmy wzajemnie swoje charaktery. Dużo dobrego doświadczyłem w tych trudnych czasach ze strony moich kolegów, szczególnie Czesia Jóźwiaka.

Jak Pan zareagował na wieść o wyroku skazującym dla kolegów?

Ogarnął mnie ogromny smutek, poczułem się opuszczony i bardzo samotny. Cały czas łudziłem się, że wkrótce skończy się wojna, chłopcy zostaną uwolnieni i nadal będziemy spotykać się i wspominać przeżycia więziennej tułaczki, ale wierzyłem równocześnie, że przeszli na "drugą stronę" z silną wiarą w sercu, i to ona pozwoliła im napisać nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata.

Jestem też nadal przekonany, tak jak byłem przekonany w chwili, gdy wyrok został wykonany, iż to nie przypadek, że wykonano go 24 sierpnia, w dzień wspomnienia Maryi Wspomożycielki Wiernych. To ona wybrała swój dzień, by tych, którzy Jej tak głęboko ufali zaprowadzić do ogrodów księdza Bosko i wynagrodzić cierpienia, jakich doznali.

Głęboko przeżyłem dzień 13 czerwca 1999 r., kiedy papież Jan Paweł II wyniósł ich do chwały ołtarzy.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło

Magazyn Salezjański Don BOSCO (7-8/2002)


Udostepnij