Przejdź do treści

Czytelnia

Wiązanka 2006 - komentarz Przełożonego Generalnego

  • Ks. Pascual ChávezPrzełożony Generalny Salezjanów w latach 2002-2014. IX Następca Ks. Bosko.

Przyjmując to papieskie zaproszenie do obrony życia poprzez rodzinę oraz korzystając z okazji 150. rocznicy śmierci Matusi Małgorzaty, matki wychowawczej rodziny stworzonej przez Księdza Bosko na Valdocco, pomyślałem, by zaprosić Rodzinę Salezjańską do odnowy zobowiązania, aby otoczyć rodzinę specjalną troską, ponieważ jest ona kolebką życia i miłości oraz pierwszym środowiskiem dojrzewania do człowieczeństwa.

"Na ten widok zdziwili sią bardzo, a Jego matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i Ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi" (Łk 2, 48-52)

Najdroższe Siostry, Córki Maryi Wspomożycielki,
Najdrożsi Współbracia Salezjanie,
Członkowie Rodziny Salezjańskiej i Przyjaciele Księdza Bosko;
Najdroższa Młodzieży, radości i racjo naszego istnienia!

Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam w tym przejściu z roku 2005 do 2006. Życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna roku pełnego w błogosławieństwa jakie Bóg, Ojciec czułości i miłosierdzia zechciał zlać na nas, kiedy postanowił posłać na świat swojego Syna, abyśmy mieli życie w obfitości.

«Obrona życia - mówił świętej pamięci Papież Jan Paweł II w swoim ostatnim przemówieniu do Korpusu Dyplomatycznego w styczniu 2005 roku - staje się też wyzwaniem w środowisku, które stanowi właściwe sanktuarium życia - w rodzinie. Jest ona dziś często zagrożona przez czynniki społeczne i kulturowe, które wywierają na nią presję, podważając jej stabilność; ale w niektórych krajach rodzina jest też zagrożona przez prawodawstwo, uderzające - czasem nawet bezpośrednio v w jej naturalną strukturę, którą jest i może być wyłącznie związek mężczyzny i kobiety, oparty na małżeństwie. Rodzina jest płodnym źródłem życia, najważniejszą i nieodzowną podstawą osobistego szczęścia małżonków, wychowania dzieci i równowagi społecznej, a także materialnego dobrobytu narodu; nie wolno zatem dopuszczać, mówił dalej Papież, aby zagrażały rodzinie ustawy podyktowane przez zawężoną i sprzeczną z naturą wizję człowieka. Niech górę weźmie właściwa, wzniosła i czysta wizja ludzkiej miłości, która właśnie w rodzinie znajduje swój podstawowy wyraz i wzorzec!»

Przyjmując to papieskie zaproszenie do obrony życia poprzez rodzinę oraz korzystając z okazji 150. rocznicy śmierci Matusi Małgorzaty, matki wychowawczej rodziny stworzonej przez Księdza Bosko na Valdocco, pomyślałem, by zaprosić Rodzinę Salezjańską do odnowy zobowiązania, aby otoczyć rodzinę specjalną troską, ponieważ jest ona kolebką życia i miłości oraz pierwszym środowiskiem dojrzewania do człowieczeństwa.

Jeśli człowiek jest drogą Kościoła, to rodzina jest "drogą człowieka", naturalnym środowiskiem, w którym otwiera się on na życie i egzystencję społeczną. Jest ona miejscem silnego zaangażowania uczuciowego, kontekstem, w którym realizuje się społeczne uznanie. To uprzywilejowane miejsce dojrzewania człowieczeństwa oraz środek religijnego uspołecznienia; zapewnia ona stabilność konieczną dla harmonijnego wzrastania dzieci i wychowawczego posłannictwa rodziców.

Wierząc w jej strategiczne znaczenie dla przyszłości ludzkości i Kościoła Jan Paweł II uczynił z rodziny jeden z podstawowych punktów swojego duszpasterskiego programu dla Kościoła u początków trzeciego tysiąclecia: «Szczególną uwagę należy też poświęcić duszpasterstwu rodziny, szczególnie nieodzownemu w obecnej chwili dziejowej, gdy obserwujemy rozległy i głęboki kryzys tej podstawowej instytucji. Należy raczej zabiegać o to, aby dzięki jak najpełniejszej formacji ewangelicznej chrześcijańskie rodziny potrafiły coraz bardziej przekonująco ukazywać, że możliwe jest przeżywanie małżeństwa w sposób całkowicie zgodny z zamysłem Bożym oraz z prawdziwymi potrzebami ludzi - samych małżonków, a nade wszystko dzieci, istot jeszcze bardziej wrażliwych» .

1. Niebezpieczeństwa i zagrożenia, które ciążą dziś nad rodziną

Myśl Jana Pawła II została podjęta na nowo przez Papieża Benedykta XVI, który w swoich przemówieniach mówił o rodzinie jako «newralgicznej kwestii wymagającej naszej największej wrażliwości duszpasterskiej»; «jest ona głęboko zakorzeniona w sercu młodych pokoleń i przyjmuje na siebie wielorakie problemy dając wsparcie i rozwiązanie sytuacji, które byłyby beznadziejne. Mimo to rodzina, w aktualnym klimacie kultury, narażona jest na wiele niebezpieczeństw i zagrożeń, które wszyscy znamy. Do słabości i niestabilności dochodzi bowiem rozpowszechniona w społeczeństwie i kulturze tendencja kontestowania jedynego charakteru i właściwej misji rodziny opartej na małżeństwie».

• Środowisko kulturowe przeciwne rodzinie

Dziś, z pewną łatwością i powierzchownością proponuje się i przedstawia domniemane "alternatywy" rodziny, określanej jako "tradycyjna". Uwaga przechodzi w ten sposób od problemu rozwodu do kwestii "wolnych związków", od leczenia kobiecej niepłodności do sztucznego zapłodnienia, od aborcji do badania i manipulacji komórek macierzystych pobieranych z embrionów, od problemu pigułki antykoncepcyjnej do problemu pigułki następnego dnia, która również jest aborcyjną. Legalizacja aborcji rozpowszechniła się praktycznie na całym świecie. Zdarza się również, że krótkotrwałym związkom, które nie chcą angażować się formalnie nawet w małżeństwo cywilne, udziela się praw i korzyści prawdziwej rodziny. Takim jest przykład uprawomocnienia "wolnych związków", łącznie z parami homoseksualnymi, które czasem żądają nawet prawa do adopcji, podnosząc w ten sposób bardzo poważne problemy w porządku psychologicznym, społecznym i prawnym.

Oblicze - rzeczywistość - rodziny uległo więc zmianie. Do tego, co już wyżej zostało powiedziane należy dodać wyraźną preferencję dla formy narastającej "prywatyzacji" oraz tendencje do zawężenia wymiarów rodziny, która przechodząc od modelu "rodziny wielopokoleniowej" do modelu "rodziny zarodkowej", zacieśnia ją do taty, mamy i jednego dziecka. Jeszcze gorszym jest fakt, że duża część opinii publicznej nie rozpoznaje już w rodzinie, opartej na małżeństwie, podstawowej komórki społeczeństwa oraz dobra, od którego nie można odstąpić.

• Rozwód, łatwe 'rozwiązanie'

Biorąc pod uwagę ten kulturowy klimat, obecny przede wszystkim w społeczeństwach zachodnich, wydaje mi się stosownym przywołać fragment Ewangelii, w którym Jezus mówi o małżeństwie: "Przystąpili do Niego faryzeusze i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: «Co wam nakazał Mojżesz?» Oni rzekli: «Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić». Wówczas Jezus rzekł do nich: «Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!" (Mk 10, 2-9).

Jest to, moim zdaniem, niezwykle oświecający tekst, ponieważ dotyczy on tematu małżeństwa jako początku i podstawy rodziny; a nade wszystko dlatego, że pokazuje nam sposób rozumowania Jezusa. Unika on wpadki w sieci legalizmu mówiącego o tym co wolno, a co jest zabronione, lecz staje wobec pierwotnego zamierzenia Stwórcy. Nikt bowiem lepiej od Niego nie znał pierwotnego planu Boga. To właśnie w tym programie odnajdujemy "Dobrą Nowinę" rodziny.

Pomimo stwierdzenia, że wiele jest również rodzin żyjących wartością trwałego i wiernego związku, to jednak musimy zauważyć, że prowizoryczność więzi małżeńskiej stanowi jedną z cech współczesnego świata. Nie oszczędza ona żadnego kontynentu i da się zauważyć na każdym szczeblu społecznym. Często praktyka ta osłabia rodzinę i szkodzi wychowawczej misji rodziców. Ta nie leczona prowizoryczność, co więcej, akceptowana jako "fakt", prowadzi często do wyboru separacji i rozwodu, uznawanych za jedyną drogę wyjścia z zaistniałych kryzysów.

Mentalność ta osłabia małżonków i czyni bardziej ryzykowną ich osobistą słabość. Zbyt częstym jest "poddawanie się" bez walki. Właściwe pojmowanie wartości małżeństwa oraz silna wiara mogłyby tymczasem z odwagą i godnością pomóc przezwyciężyć nawet najpoważniejsze trudności.

Faktycznie bowiem, o rozwodzie należy powiedzieć, że nie jest to jedynie kwestia prawna. Nie jest to pewien "kryzys", który przechodzi. Wpływa on głęboko na ludzkie doświadczenie. Jest to problem więzi i to więzi zniszczonej. Dotyka on na zawsze każdego z członków wspólnoty rodzinnej. Jest przyczyną ekonomicznego, uczuciowego i ludzkiego zubożenia. A to zubożenie dotyka szczególnie kobietę i dzieci. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze koszty społeczne, które zawsze są znacząco wysokie.

Chciałbym wskazać, że wiele jest elementów, które przyczyniają się do aktualnego wzrostu liczby rozwodów, chociaż o różnych odcieniach i składnikach w zależności od kraju. Należy przede wszystkim wziąć pod uwagę coraz bardziej zsekularyzowaną kulturę środowiska, z której wyłaniają się jako cechy charakterystyczne: fałszywe pojmowanie wolności, strach przed zobowiązaniem, praktyka wspólnego zamieszkania, "banalizacja seksu", jak to określił Jan Paweł II, jak również niedostatki materialne, które czasem są jedną z przyczyn tychże separacji. Style życia, mody, spektakle i teleromansy stawiają pod znakiem zapytania wartość małżeństwa oraz rozpowszechniają ideę, że wzajemny dar małżonków aż do śmierci jest czymś niemożliwym, osłabiają instytucję rodziny, powodują utratę jej poważania oraz prowadzą do zdyskredytowania jej na rzecz innych "modeli" pseudorodziny.

• Prywatyzacja małżeństwa

Wśród zjawisk, które zauważamy należy podkreślić ponadto utwierdzenie się radykalnego indywidualizmu, przejawiającego się w licznych wymiarach ludzkiej działalności: w życiu gospodarczym, w bezwzględnej konkurencji, w rywalizacji społecznej, w pogardzie zepchniętych na margines i na wielu innych polach. Indywidualizm ten nie sprzyja z pewnością wspaniałomyślnemu, wiernemu i trwałemu darowaniu siebie. Na pewno nie jest to jakieś przyzwyczajenie kulturowe, które mogłoby pomóc rozwiązać kryzysy w małżeństwie.

Zdarza się, że władze państwowe, odpowiedzialne za dobro wspólne i jedność społeczną same podsycają ten indywidualizm, pozwalając na jego pełne wyrażenie się za pośrednictwem specjalnych praw (jak w przypadku PACS "związków partnerskich"), które przedstawiane są jako, przynajmniej domyślne, alternatywy małżeństw. Gorzej jest jeszcze gdy chodzi o związki homoseksualne z dodatkowym żądaniem prawa do adopcji dzieci. Tak postępując, owi prawodawcy i rządy czynią w mentalności zbiorowej prowizoryczną instytucję małżeństwa i przyczyniają się ponadto do stwarzania problemów, których nie są zdolni rozwiązać. W ten sposób dochodzi do tego, że małżeństwo bardzo często nie jest dłużej uznawane za dobro społeczne, a jego "prywatyzacja" przyczynia się do zmniejszenia, a nawet eliminacji jego wartości publicznej.

Ta społeczna ideologia pseudowolności popycha jednostkę na pierwszym miejscu do działania według własnych interesów i własnego pożytku. Zobowiązanie przyjęte wobec małżonka przyjmuje formę prostego kontraktu, podlegającego bliżej nieokreślonej weryfikacji. Dane słowo zyskuje ograniczoną w czasie wartość; nie odpowiada się za własne czyny, jak tylko przed sobą samym.

• Fałszywe oczekiwania w stosunku do małżeństwa

Trzeba również zauważyć, że wielu młodych ludzi kształtuje sobie idealistyczne a nawet błędne pojęcie pary jako miejsca szczęścia bez cieni, spełnienia własnych pragnień bez żadnych kosztów. Mogą w ten sposób dojść do ukrytego konfliktu między pragnieniem złączenia się z drugą osobą a pragnieniem obrony własnej wolności.

Wzrastająca nieznajomość piękna autentycznej ludzkiej pary, bogactwa różnic i wzajemnego dopełniania się kobiety i mężczyzny prowadzi do zwiększonego zamętu co do tożsamości seksualnej, zamętu doprowadzonego do szczytu w ideologii feministycznej nazywanej "gender" (płeć). Zamęt ten komplikuje przyjęcie ról i podział zadań w ognisku domowym. Prowadzi do nowego ułożenia tych ról, tak trwałego jak osłabiającego. Z drugiej strony aktualne warunki działalności zawodowej obojga małżonków ograniczają wspólnie przeżywany czas i komunikację w rodzinie. A wszystko to zuboża zdolność dialogu między małżonkami.

Zbyt często gdy nadchodzi kryzys pary zostają same ze swoim problemem. Nie mają nikogo, kto mógłby je wysłuchać i oświecić, a co być może pozwoliłoby uniknąć nieodwołalnej decyzji. Ten brak pomocy powoduje, że para zamyka się w swoich problemach nie widząc innego wyjścia jak separacja lub po prostu rozwód. Tymczasem wiele z tych kryzysów ma tymczasowy charakter i mogłoby być łatwo przezwyciężone, gdyby para otrzymała wsparcie od społeczeństwa i Kościoła?

• Ekonomiczne i konsumpcyjne czynniki w życiu rodzinnym

Czynniki ekonomiczne, w swojej wielkiej złożoności, również mocno wpływają na ukształtowanie modelu rodziny, na wyznaczenie jej wartości, na organizację jej funkcjonowania, na określenie samego projektu rodziny. Zyski jakie chce się zapewnić, wydatki które uważa się za nieodzowne dla zaspokojenie potrzeb lub poziomów dobrobytu, do których się dąży lub stara się utrzymać, brak środków lub nawet brak pracy, który dotyka tak rodziców jak i dzieci, uwarunkowują, i w pewnej mierze determinują, znaczną część życia rodziny. Wystarczy pomyśleć o tzw. "amigados", którzy nie są dosłownie współżyjącymi, lecz jedynie ubogimi bez środków na zawarcie małżeństwa. Inną niepokojącą sytuacją są imigranci zmuszeni do porzucenia kraju i rodziny w poszukiwaniu pracy i środków utrzymania. Sytuacja ta nie rzadko ze względu na przedłużającą się rozłąkę lub z innych powodów powoduje porzucenie i rozpad pozostawionej rodziny.

Również ekonomiczne pochodzenie mają mechanizmy tworzące klimat konsumizmu, w którym zanurzone są rodziny. Często z tej właśnie perspektywy określane są parametry szczęścia, rodząc frustrację i marginalizację. Ekonomicznymi są także czynniki określające tak ważną rzeczywistość którą jest przestrzeń rodzinna, to znaczy rozmiar domów oraz możliwość dostępu do nich. To wreszcie czynniki ekonomiczne warunkują możliwości kształcenia i perspektywy przyszłości dzieci.

Wobec takiej rzeczywistości nie można nie odczuwać głębokiego współczucia dla tego co jest lub powinno być kolebką życia i miłości oraz szkołą dojrzewania do człowieczeństwa.

2. Rodzina, droga dojrzewania do człowieczeństwa Syna Bożego

Wcielenie Syna Bożego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupić tych, którzy podlegali Prawu oraz dać im moc stania się synami Bożymi (por. Ga 4, 4-5), nie było wydarzeniem połączonym jedynie z chwilą narodzenia, lecz objęło cały przebieg ludzkiego życia Jezusa aż po śmierć na krzyżu jak to wyznaje apostoł Paweł (por. Flp 2,8). Sobór Watykański II wyrażał to stwierdzając, że Syn Boży ludzkimi rękoma pracował i ludzkim sercem kochał (por. GS 22). Jego człowieczeństwo nie było zatem przeszkodą w objawieniu jego bóstwa, co więcej było sakramentem, który posłużył mu do ukazania Boga oraz uczynienia Go widzialnym i osiągalnym. Jest to wspaniałe kontemplować Boga, który tak umiłował człowieka, że uczynił go drogą dojścia do Niego. Właśnie dlatego drogą Kościoła jest człowiek, którego winien on kochać, służyć mu i pomóc mu osiągnąć jego pełnię życia.

Ale chcąc wcielić się, Bóg musiał wpierw poszukać sobie rodzinę, matkę (por. Łk 1,26-38) i ojca (por. Mt 1,18-25). Jeśli w dziewiczym łonie Maryi Bóg stał się człowiekiem, to w sercu rodziny nazaretańskiej wcielony Bóg nauczył się człowieczeństwa. By się narodzić Bóg potrzebował matki; aby wzrastać i stać się człowiekiem Bóg potrzebował rodziny. Maryja nie była jedynie Tą, która zrodziła Jezusa; jako prawdziwa mama, u boku Józefa, potrafiła uczynić z nazaretańskiego domu ognisko "dorastania do człowieczeństwa" Syna Bożego (por. Łk 2, 51-52).

Wcielenie Syna Bożego, właśnie dlatego że autentyczne, w pełni przyjęło naturalny sposób rozwoju każdej istoty ludzkiej potrzebującej rodziny, która ją przyjmie, będzie jej towarzyszyć, ukocha ją i współpracować będzie w rozwoju wszystkich jej wymiarów czyniących z niej naprawdę ludzką "osobę". A wszystko to, aby odkryć program życia, który pozwoli zrozumieć jak rozwinąć własne zdolności oraz odnaleźć sens i odnieść sukces w życiu.

Ta konieczność oraz niezawodna funkcja wychowawcza jaką każda rodzina powinna ofiarować swoim członkom, w przypadku Rodziny z Nazaretu potwierdza się to na jednej z kart Ewangelii Łukasza. Jest to epizod odnoszący się do odnalezienia Jezusa w świątyni: "Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i Ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z Nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi" (Łk 2, 48-52).

W tekście tym odnajdujemy trzy cenne wskazania dotyczące tego, co rodzina powołana jest czynić w odniesieniu do dzieci, aby stały się "prawdziwymi obywatelami i dobrymi chrześcijanami". W tym sensie można by uważać ten tekst za trafne salezjańskie odczytanie zasady wcielenia w programie wychowawczym.

Nade wszystko nie jest bez znaczenia, że Józef i Maryja zaprowadzili Jezusa do Świątyni w wieku, w którym syn powinien w pełni wejść w życie swojego ludu przyswajając sobie tradycje, które żywiły i podtrzymywały wiarę rodziców: rodzina Jezusa wprowadziła go w posłuszeństwo prawu i w praktykę wiary, mimo że jego rodzice wiedzieli, że ich Syn to Syn Boży. Boskie pochodzenie Jezusa nie ustrzegło go od powszechnego w Izraelu obowiązku przestrzegania Prawa Bożego. Syn Boży nauczył się być człowiekiem ucząc się być posłusznym ludziom.

Należy uwypuklić ponadto pełną szacunku postawę rodziców wobec Syna, który sam szuka woli Bożej w odniesieniu do swojego życia. Odpowiedź Jezusa ma prawie posmak zdziwienia, mówiąc: "Jak to, wy nauczyliście mnie nazywać Boga Abbà, Tatą, i szukać zawsze jego woli, a dziś, tutaj, w Jego domu, w dniu «Bar Mitzwá», kiedy w pełni stałem się «synem Prawa» aby odtąd żyć spełniając plan Ojca, pytacie się mnie gdzie byłem,' i dlaczego tak uczyniłem?" (por. Łk 2,49). Będąc jeszcze niepełnoletnim Jezus przypomina rodzicom, że to oni nauczyli go, że Bóg i Jego sprawy stoją również przed rodziną i troską o nią.

Wreszcie zauważamy, że niezrozumienie rodziców nie jest przeszkodą w posłuszeństwie Syna, który powraca z nimi do Nazaretu. Jezus poddaje się władzy rodziców, którzy nie potrafią odtąd Go zrozumieć. I tak podczas gdy Maryja "chowała wszystkie te wspomnienia w swym sercu" (Łk 2,51), Jezus "czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi" (Łk 2,52). Oto największa pochwała wychowawczej zdolności Józefa i Maryi. Oto co praktycznie znaczy uczynić z rodziny dom i szkołę, "kolebkę życia i miłości oraz pierwsze środowisko dojrzewania do społeczeństwa".

To w rodzinie Jezus nauczył się posłuszeństwa prawu oraz zanurzył się w kulturę swojego ludu; to w rodzinie Jezus pokazał, że pragnie oddać pierwsze miejsce Bogu i zająć się przede wszystkim sprawami Bożymi; to do życia w rodzinie powrócił Jezus, świadomy bycia Synem Bożym, aby wzrastać jako człowiek między ludźmi "w mądrości, w latach i w łasce". Syn Boży mógł przyjść na świat rodząc się z Matki Dziewicy, bez oparcia się na rodzinie. Lecz bez niej nie mógłby wzrastać i dojrzewać jako człowiek! Dziewica poczęła Syna Bożego, rodzina dała Mu wzrost w człowieczeństwie.

Zastanawiam się czy można by powiedzieć coś więcej na temat świętej wartości rodziny!

3. Życie rodzinne a charyzmat salezjański

Dla nas, synów Księdza Bosko, rodzina nie może wydawać się tematem obcym dla naszego życia i posłannictwa. Jako wychowawcy znamy dobrze wartość tworzenia klimatu rodzinnego dla wychowania dzieci, nastolatków i młodzieży. Stąd najlepszym środowiskiem jest właśnie to, które odwołuje się do podstawowego wzoru rodziny: to, które powtarza "doświadczenie domu", gdzie uczucia, postawy, ideały i wartości przekazywane są w sposób witalny, często językiem niewerbalnym, a przede wszystkim niesystematycznym, co nie znaczy, że mniej skutecznym i trwałym. Słynne wyrażenie Księdza Bosko, "wychowanie jest sprawą serca" , ma swoje praktyczne przełożenie na zadanie otwarcia drzwi serc naszej młodzieży, aby mogła przyjąć i strzec naszych wychowawczych propozycji.

Dla nas, Rodziny Salezjańskiej, życie w rodzinie nie jest zwykłym strategicznym wyborem duszpasterskim, tak bardzo dziś koniecznym, lecz sposobem realizacji naszego charyzmatu i uprzywilejowanym celem w naszym apostolskim posłannictwie. Jako charakterystyczny rys charyzmatu, my Salezjanie oraz członkowie Rodziny Salezjańskiej żyjemy duchem rodzinnym; jako pierwszoplanowe posłannictwo dzielimy z rodzinami, które powierzają nam swoje dzieci, zadanie ich wychowania i ewangelizacji; jako wychowawcza opcja metodologiczna pracujemy odtwarzając w naszych środowiskach rodzinnego ducha.

3.1. "Na początku była matka"

Małgorzata Occhiena była "pierwszą wychowawczynią i nauczycielką «pedagogii»" Księdza Bosko. "Wszystkim jest znane - mówił Jan Paweł II do wychowawców zaangażowanych w szkolnictwo, zebranych w Turynie w roku 1988 - znaczenie jakie miała Matusia Małgorzata w życiu św. Jana Bosko. Nie tylko zostawiła w Oratorium na Valdocco to charakterystyczne «poczucie rodziny», które do dziś trwa, ale potrafiła ukształtować serce Janka do tej dobroci i serdeczności, które uczynią z niego przyjaciela i ojca jego ubogich chłopców" .

3.1.1. Krótki przegląd biograficzny

Również ja, przekonany o decydującej roli Matusi Małgorzaty w formacji ludzkiej i chrześcijańskiej Księdza Bosko, a także w tworzeniu środowiska wychowawczego i 'rodzinnego' na Valdocco, wydaje mi się koniecznym w tym miejscu przypomnieć, nawet jeśli tylko pokrótce, jej życie i duchowy profil.

a) Do czasu przeniesienia się na Valdocco (od 1788 do 1846)

Urodzona w Serra di Capriglio, w osadzie małej miejscowości w prowincji Asti, 1 kwietnia 1788 roku, jako córka Melchiora Occhiena i Dominiki Bassone, Małgorzata ochrzczona została w dniu swoich urodzin. Rodzice jej byli dość zamożnymi rolnikami, właścicielami własnego domu i przylegających do niego włości.

Capriglio nie miało szkoły, dlatego Małgorzata nie nauczyła się czytać i pisać. Choć niewykształcona nie znaczy jednak ignorantka. Potrafiła bowiem nabyć głęboką mądrość słuchając w kościele parafialnym z wrażliwym sercem kazań, katechez, a jeszcze bardziej dostosowując do nich swoje codzienne doświadczenia, które nie zawsze były piękne i spokojne. Pisze ks. Lemoyne, autor pierwszej spisanej 'biografii' Matusi Małgorzaty z 1886 roku: "Przez naturę obdarzona została stanowczością woli, która wsparta przez doskonały zdrowy rozsądek i Bożą łaskę miała uczynić z niej zwycięzczynię wszystkich duchowych i materialnych przeszkód, które spotkałaby w ciągu życia (...). Prawa w swoim sumieniu, w swoich uczuciach, w swoich myślach, pewna swoich osądów co do osób i spraw, swobodna w swoim postępowaniu, szczera w swojej mowie, nie wiedziała co znaczy być niezdecydowaną (...). Ta szczerość była obroną jej cnoty, jako że połączona z rozwagą, która nie pozwalała jej posuwać się za daleko".

Dwa kilometry od Capriglio, na przeciwległym wzgórzu, w 'Becchi', osadzie Morialdo i Castelnuovo d'Asti, żył Franciszek Bosko. Ten młody dwudziestosiedmioletni rolnik, wdowiec, mający na utrzymaniu trzechletniego chłopca, Antoniego, poprosił ją o rękę. Wyszedłszy za mąż 6 czerwca 1812 roku, Małgorzata Bosko przeniosła się do gospodarstwa Biglione. Mała rodzina szybko się powiększyła. Dnia 8 kwietnia 1813 roku urodził się pierwszy syn, któremu nadano imię Józef, a dwa lata później, 16 sierpnia 1815 roku, drugi o imieniu Jan Melchior, przyszły święty Jan Bosko.

Po nagłej śmierci Franciszka, który ukończył zaledwie 33 lata, dwudziestodziewięcioletnia Małgorzata stała się głową rodziny dla trzech synów i babci ze strony ojca oraz odpowiedzialną za gospodarstwo. Zaraz po tym jak została wdową otrzymała propozycję bardzo korzystnego małżeństwa: dzieci zostałyby powierzone opiekunowi. Zdecydowanie to odrzuciła: "Bóg dał mi męża i mi go zabrał. Umierając powierzył mi on trzech synów i byłabym okrutną matką, gdybym opuściła ich w chwili kiedy najbardziej mnie potrzebują".

Odtąd to przede wszystkim dla nich poświęci się wypełniając swoje zadanie wychowawczyni. W tym zadaniu Małgorzata ukaże swoje nadzwyczajne zalety: swoją wiarę, swoje męstwo, swoją zdolność poradzenia sobie, swoją mądrość prostej piemonckiej kobiety oraz prawdziwej chrześcijanki napełnionej Duchem Świętym.

Potrafiła dostosować się do każdego z synów. Antoni stracił mamę gdy miał trzy lata, a ojca mając dziewięć lat. Pobudliwy chłopiec, młody zrzęda, od 18 roku życia stał się nieznośny, często posuwał się do przemocy. Małgorzata kilka razy nazwana została "macochą", mimo że z bezgraniczną cierpliwością zawsze traktowała go jak syna. Jednak potrafiła być również sprawiedliwa i mężna. Dla zachowania spokoju w domu, dla dobra Józefa i Janka, podjęła bolesne decyzje, do których była zmuszona. Pod koniec roku 1830 postanowiła o podziale dóbr, domu i pól. Antoni pozostając sam szybko się ożenił i miał siedmioro dzieci. W pełni pojednany z rodziną stanie się, bardzo szanowanym, dobrym ojcem rodziny oraz prawdziwym chrześcijaninem.

Młodszy o pięć lat Józef był łagodnym, ustępliwym i spokojnym. Nie odstępując od brata Jana, bez zazdrości znosił jego wpływ. Uwielbiał swoją matkę, a podczas długich lat nauki Jana był posłusznym i pracowitym synem, na którego wsparcie mogła ona liczyć. Również i on wcześnie, bo w wieku 20 lat, ożenił się z dziewczyną z wioski, Marią Colosso, z którą miał dziesięcioro dzieci.

Janek chciał się uczyć. Mama Małgorzata, która zamierzała go wspierać w jego postanowieniu, spotkała się ze zdecydowanym oporem Antoniego. Z rozdartym sercem wysłała go więc do pracy na dwadzieścia miesięcy jako pomocnika w gospodarstwie rodziny Moglia (1828-1829). Dopiero kiedy Antoni stał usamodzielnił się, Matusia Małgorzata mogła posłać Janka do szkoły publicznej w Castelnuovo (1831), a potem w Chieri, gdzie przeżył dziesięć lat (1831-1841): cztery lata w szkole publicznej i sześć w seminarium wyższym. Był to wreszcie dla Małgorzaty spokojny, szczęśliwy i pełen nadziei okres, w którym została babcią synów Antoniego i Józefa.

Ksiądz Bosko, w wieku 70 i więcej lat przypomni rozkazujący ton Matusi Małgorzaty, kiedy w 1834 roku miając konkretnie zdecydować o swojej przyszłości powiedziała do niego: "Posłuchaj Janku. Nic Ci nie powiem odnośnie twojego powołania, jak tylko to, byś szedł jego drogą za natchnieniem Bożym. Nie martw się o mnie. Ja od Ciebie niczego nie oczekuję. I zapamiętaj sobie co powiem: urodziłam się uboga, żyłam w ubóstwie i chcę umrzeć uboga. Co więcej, oświadczam ci, że jeślibyś na nieszczęście stał się bogatym księdzem, to nie odwiedzę cię ani razu" .

Dnia 26 października 1835 roku, w wieku 20 lat, Jan przywdział sutannę w kościele parafialnym w Castelnuovo. Od tego dnia, zwierza się nam Ksiądz Bosko, "moja matka nie spuszczała mnie z oczu (...). W wieczór przed wyjazdem wzięła mnie na bok i powiedziała mi te oto głębokie słowa: «Janku, przywdziałeś strój kapłański. Cieszę się z tego tak, jak tylko matka może się cieszyć, że jej syn jest na dobrej drodze. Pamiętaj jednak, że to nie szata zdobi a cnota. Gdyby któregoś dnia naszły cię wątpliwości co do twego powołania, nie okrywaj tej szaty hańbą. Zdejm ją natychmiast. Wolę mieć syna ubogiego chłopa niż zaniedbującego swe obowiązki księdza»" .

Janek przyjął święcenia kapłańskie w sobotę 5 czerwca 1841 roku w Turynie. Dzień później, po odprawieniu uroczystej Mszy świętej w kościele parafialnym w Castelnuovo, wstąpił do Becchi. Na widok miejsc pierwszego snu i wielu wspomnień młody kapłan wzruszył się aż do łez. W ciszy wieczoru spotkał się na tylko z matką. "Janie - rzekła do niego Matusia - jesteś teraz księdzem, odprawiasz Mszę. Odtąd jesteś bliższy Jezusowi Chrystusowi. Pamiętaj jednak, że zacząć odprawiać Mszę św. znaczy zacząć cierpieć. Nie zauważysz tego zaraz, ale z czasem zobaczysz, że matka powiedziała ci prawdę. Jestem pewna, że każdego dnia będziesz się za mnie modlił, czy za mego życia, czy po śmierci. I to mi wystarczy. Ty od tej chwili myśl jedynie o zbawieniu dusz i nie martw się o mnie" .

Dnia 3 listopada 1841 roku, młody Ksiądz Bosko żegnał się ze swoją matką i braćmi udając się w drogę do Turynu. Wstąpiwszy za radą ks. Józefa Cafasso do Konwiktu Kościelnego od razu rozpoczął swój apostolat wśród chłopców z ulicy i w więzieniach. W dniu 8 grudnia zapoczątkował swoją katechezę z Bartłomiejem Garelli: był to początek wielkiej salezjańskiej przygody.

Młody ksiądz zaczął gromadzić coraz liczniejszą grupę chłopców najpierw w Konwikcie, potem u Markizy Barolo, następnie na pobliskich łąkach, aż wreszcie w Wielkanoc 1846 roku wszedł do Szopy Pinardiego na Valdocco. Podczas tego okresu Małgorzata spokojnie żyła w Becchi jako szczęśliwa babcia zastępu wnucząt liczących od kilku miesięcy do 13 lat.

W lipcu 1846 roku, Jan, wyczerpany swoim apostolatem, jest u progu śmierci. Odzyskawszy zdrowie wraca do Becchi na długą rekonwalescencję: matka i syn znowu spotykają się na osobności. Serce Jana Bosko kapłana pozostało w Turynie: wielu młodych czeka na niego! Jest jednak jeden problem do rozwiązania. Młody trzydziestoletni ksiądz Jan nie może mieszkać sam w pomieszczeniach, które niedawno wynajął w domu Pinardiego, w cieszącej się złą sławą dzielnicy Valdocco. "Zabierz ze sobą twoją matkę!" - rzekł mu proboszcz z Castelnuovo. A tak oto Ksiądz Bosko opowiedział wspaniałomyślną reakcję swojej matki: "Jeśli sądzisz, że taka jest wola Pana, jestem gotowa pojechać z tobą" . Dnia 3 listopada 1846 roku, matka i syn, wyruszyli pieszo do Turynu.

b) Dziesięć lat z Księdzem Bosko (od 1846 do 1856)

Dla Matusi Małgorzaty rozpoczynał się ostatni okres, w którym jej życie mieszało się z życiem jej syna i założeniem salezjańskiego dzieła.

Pomagając Księdzu Bosko Małgorzata miała oczywiście zamiar służyć chłopcom, którym jej syn poświęcił życie. Na pierwszym miejscu musiała przyzwyczaić się do krzyków i zgiełku życia oratorium, do późnych godzin szkół wieczorowych. Potem przyszedł czas na przyjęcie w domu pierwszych tułających się sierot. Ilu było chłopców, którzy założą wielką rodzinę Matusi Małgorzaty? Od około piętnastu w 1848 liczba ich urasta do trzydziestu w 1849 i do pięćdziesięciu w 1850. Budowa dwupiętrowego domu pozwoliła w 1853 na przyjęcie blisko siedemdziesięciu, a w 1854 około setki: dwie trzecie z nich to rzemieślnicy, jedna trzecia uczniowie lub seminarzyści diecezjalni, którzy chodzili pracować lub uczyć się do miasta. Przynajmniej trzydziestka była w pełni na utrzymaniu Księdza Bosko.

Pewnego wieczoru 1850 roku Małgorzata przeżyła swoją godzinę Ogrójca. Cztery lata takiego życia to już było za dużo dla niej! Wyżaliła się do swego syna: "Posłuchaj Janie, to nie jest dłużej do zniesienia. Codziennie chłopcy coś narozrabiają (...). Pozwól mi odejść. Pozwól mi wrócić do Becchi. Tam przeżyję spokojnie moje ostatnie dni". Wstrząśnięty Ksiądz Bosko spogląda na nią , potem podnosi wzrok w kierunku krzyża zawieszonego na ścianie. Małgorzata śledzi to spojrzenie. "Masz racją, rzekła, masz rację". Następnie wzięła znów swój fartuch. "Od tej chwili, potwierdzają Pamiętniki, na jej ustach nie pojawiło się więcej ani jedno słowo niezadowolenia" . Któż może zmierzyć to jej osobiste poświęcenie w rozwoju salezjańskiego dzieła?

Z pewnością Matusia Małgorzata także aktywnie była obecna przy pierwszym "duchowym" rozwoju dzieła: w pierwszych chwilach formowania się metody i klimatu salezjańskiego, obecności i towarzyszenia pierwszym uczniom: Cagliero (1851), Rua (1852), ks. Alasonatti i Dominika Savio (1854); przy pierwszych Towarzystwach, pierwszych owocach świętości, pierwszych klerykach i przygotowaniu Towarzystwa Salezjańskiego, które założone zostanie zaledwie trzy lata po jej śmierci. Ta długa kobieca i matczyna obecność jest czymś wyjątkowym w historii Założycieli Zgromadzeń wychowawczych. "Zgromadzenie Salezjańskie zostało wykołysane na kolanach Matusi Małgorzaty" - napisał jeden z biografów Księdza Bosko .

Mimo to najpiękniejszym ze zadań Matusi Małgorzaty było to, w którym angażowała nie tylko swoje ręce, ale i serce, swój wrodzony talent wychowawczyni. Wszyscy osieroceni chłopcy nazywali ją "Matusią": było oczywistym, że nie ograniczała się ona do bycia tylko ich kucharką i szatniarką. Mieli do niej pełne zaufanie, miłość sierot, które odczuwały, że są kochane. Wciągu dnia w znakomicie oddziaływała ona, aby skarcić, zachęcić, pocieszyć, dać właściwą radę, uformować ich charakter i ich chrześcijańskie serce, aby przypomnieć o obecności Boga, zachęcić do spowiedzi u Księdza Bosko oraz polecać nabożeństwo do Matki Bożej.

Znała ich zatem każdego z osobna i potrafiła ich ocenić. Prze dwa lata mogła obserwować wyjątkowego nastolatka przybyłego z Mondonio. Jego postępowanie robiło na niej wrażenie: "Masz - powiedziała pewnego dnia do Księdza Bosko - wielu dobrych chłopców, ale żaden z nich nie jest lepszy od piękna serca i duszy Dominika Savio (...) Widzę, że ciągle się modli (...) Przebywa w kościele niczym anioł z raju" .

Jedynymi chwilami spokoju i odpoczynku Matusi Małgorzaty w tamtych latach było kilka tygodni jesiennych wakacji w Becchi. Był to zresztą względny odpoczynek, jako że Ksiądz Bosko przyprowadził tam ze sobą wszystkich chłopców pozbawionych rodziny. Powracając w połowie listopada 1856 roku z wakacji Małgorzata źle się poczuła i położyła się do łóżka. Lekarz stwierdził zapalenie płuc. Zmarła 25 listopada o godzinie 3 rano. Wieczorem poprzedniego dnia jej spowiednik, ks. Borel, udzielił jej ostatnich sakramentów. "Bóg - powiedziała do Księdza Bosko - wie jak bardzo cię kochałam. Ale z nieba będzie jeszcze lepiej. Zrobiłam wszystko co mogłam. Jeśli czasem wydawałam się zbyt surową, to dla waszego dobra. Powiedz chłopcom, że pracowałam dla nich jak mama. Niech się modlą i ofiarują za mnie Komunię św."

Matusia Małgorzata była ubogą i ubogą zmarła: odprowadzona do wspólnego grobu nigdy nie otrzymała swojego imienia na płycie nagrobnej.

3.1.2. Duchowy profil Matusi Małgorzaty

Śmierć matki "wymownie uwypukliła silną więź Księdza Bosko z matką, tę pierwszorzędny związek, który ukształtował mu podstawowe rysy osobowości" . Kochana przez salezjanów i młodzież, zaraz po śmierci wzbudziła powszechne przekonanie: "to była święta!" Jednak proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny Matusi Małgorzaty zapoczątkowany został dopiero 8 września 1994 roku. Po zakończeniu procesu diecezjalnego w Turynie w roku 1996, w dniu 25 stycznia 2000 roku oficjalnie przekazano Positio (tzn. dokumentację na temat opinii świętości oraz heroiczności życia i cnót) do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych .

Nie mogę tutaj oprzeć się pragnieniu nakreślenia jej duchowego profilu wynikającego z Positio.

a) Silna kobieta

W całym jej życiu nigdy nie znajduje się chwil łatwego poddania się naturalnym skłonnościom. Ukazuje niezwykłą równowagę w harmonizowaniu niełatwych napięć życia w rodzinie. Jej postawa ukazuje się nam ciągle jako czujna i kierowana wyższą troską: tego, kto rozeznaje które zachowanie przed Bogiem jest najlepszym dla dobra jej synów. Przedstawia się w tan sposób czułą i stanowczą, wyrozumiałą i nieugiętą, cierpliwą i zdecydowaną.

Tym co popchnęło Małgorzatę ku harmonii przeciwieństw była konieczność bycia także ojcem dla swoich synów. Matusi Małgorzata, która mogła była również uniknąć problematycznej sytuacji wdowieństwa, ponownie wychodząc za mąż, potrafiła zawsze osiągnąć i zachować właściwą równowagę tych dwóch ról: dostatecznie silnego macierzyństwa kompensującego brak ojca oraz dostatecznie łagodnego "ojcostwa" nie szkodzącego niezastąpionemu ciepłu matki. Zatem nie puste pieszczoty czy pełne gniewu krzyki, lecz stanowczość i zadowolenie.

Z jej spojrzenia zawsze przenikał spokój, zadowolenie, opanowanie siebie, prawdziwa słodycz. Nie biła dzieci, ale też nigdy im nie ustępowała; groziła srogimi karami, ale darowała je przy pierwszej oznace skruchy. W kącie w kuchni - wspominał Ksiądz Bosko - stała rózga, mały giętki kij. Nigdy go nie użyła, ani też nigdy nie usunęła go z tego kąta. Była niezwykle łagodną mamą, ale za to energiczną i silną. Potrafiła pokierować dwiema osobami, które z reguły są problematyczne w rodzinie: osobą chorej teściowej oraz szczególnie trudnego pasierba. Jako mądra wychowawczyni potrafiła przemienić trudną sytuację rodzinną, naszpikowaną trudnościami, w wymowne i owocne środowisko wychowawcze.

Przykładem i słowem nauczyła synów wielkich cnót piemonckiego humanizmu tamtych czasów: poczucia obowiązku i pracy, codziennej odwagi w trudnym życiu, szczerości i uczciwości, dobrego humoru. Nauczyli się oni również szanować starszych oraz chętnego otwarcia się na służbę bliźniemu. Z drugiej strony spokojna i silna nie bała się powiedzieć swojego zdania tym, których słowa lub czyny powodowały zgorszenie. Tego typu przykłady wchodziły w samą głębię sumienia trójki chłopców.

Wymiar wiary natomiast nadawał mądrościowego zabarwienia i wymowności każdej lekcji jaką ta nauczycielka analfabetka dawała swoim synom.

b) "Salezjańska" wychowawczyni

To właśnie sztuka wychowania pozwoliła Matusi Małgorzacie wyodrębnić ukryte energie swoich synów, wydobyć je na światło, rozwinąć je i niemal widzialnie przekazać w ich ręce. Należy to stwierdzić przede wszystkim w stosunku do jej najbardziej okazałego owocu: Jana. Jakże zadziwiającym jest zauważyć w Matusi Małgorzacie to świadome i wyraźne poczucie "matczynej odpowiedzialności" w chrześcijańskim i bliskim towarzyszeniu własnemu synowi, mimo pozostawienia go w jego powołaniowej autonomii, ale nieustannie wspierając go na wszystkich etapach jego życia aż po swoją śmierć!

Sen Janka z dziewiątego roku życia, jeśli był objawiającym przesłaniem dla niego, to był nim z pewnością również (jeśli nie wcześniej) dla Matusi Małgorzaty. To ona posiadała i ukazała jego znaczenie: "Kto wie czy nie zostaniesz księdzem!" A kilka lat później, kiedy zrozumiała że środowisko domowe było niedobrym dla Janka z powodu wrogości przyrodniego brata Antoniego, podjęła wyrzeczenie posłania go jako pomocnika na gospodarstwie Moglia w Moncucco. Mama, która pozbywa się najmłodszego z synów, aby posłać go do pracy na roli, daleko od domu, podejmuje prawdziwe wyrzeczenie. Lecz ona uczyniła to, nie tylko dla zażegnania rodzinnej niezgody, ale by ukierunkować Janka na tę drogę, która jej (i jemu) objawił sen.

Można stwierdzić, że Matusi Małgorzacie należy przypisać zasługę zaszczepienia w Księdzu Bosko ziaren sławnej triady: rozum, religia, dobroć, którą przeżywała ona prosto w swoim spokoju, uprzejmości i dobroci. Boska Opatrzność udzieliła jej łaski bycia "salezjańską" wychowawczynią, animowaną uprzedzającą miłością, która potrafiła zrozumieć, wymagać, karcić, mieć cierpliwość i uśmiechać się.

Jej synowie byli doglądani, kontrolowani i kierowani, lecz nie gnębieni. Musieli być posłuszni i prosić o pozwolenie, lecz Mama chętnie pozwalała im ponieść się ich radości i ich zabawom. Nigdy nie ustępowała kaprysom, a karciła z miłością (...). Ks. G.B. Lemoyne zaświadcza: "Chciała za każdą cenę, aby karcenie nie powodowało skłonności do gniewu, nieufności i odrazy. Jej maksyma w tym względzie była precyzyjna: nakłonić synów, aby każdą rzecz czynili z miłości lub dla spodobania się Bogu. Stąd była ona uwielbianą matką" . Ksiądz Bosko powie później, że wychowanie jest sprawą serca: szczęśliwie doświadczył już tego w ognisku domowym w Becchi.

c) Skuteczna katechetka

Matusia Małgorzata posiadała rzadko spotykaną zdolność wydobywania z wydarzeń życia okazji do katechizowania. Uważała się za pierwszą odpowiedzialną za przekazywanie wiary swoim synom i potrafiła zaproponować im proste i mocne wartości w rodzinnej szkole życia. Przekazała nade wszystko z cierpliwością swoim synom w ich latach dojrzewania swoją niezłomną wiarę, świadomość nieustannie obecnego Boga miłości i żarliwe nabożeństwo do Maryi.

Sławnym pozostaje katechizm Matusi Małgorzaty. Nie umiejąc pisać i czytać nauczyła się w swoim dzieciństwie koniecznych formułek na pamięć. Przekazywała je swoim synom oraz syntetyzowała i interpretowała według swego niezawodnego instynktu matki.

Wielkie prawdy wiary przekazywane były w najprostszy i najbardziej podstawowy sposób, wyrażane w krótkich sformułowaniach:

- Bóg cię widzi: była to prawda każdej chwili, nie po to by wzbudzać strach, ale by upewnić dzieci, że Bóg troszczy się o nich i że ta Jego dobroć żąda od nich odpowiedzi w postaci dobrego życia.
- O jak dobry jest Pan!, za każdym razem wydawała ten okrzyk, gdy coś trafiało w wyobraźnię dzieci i wzbudzało ich podziw.
- Z Bogiem nie ma żartów!, stwierdzała przekonana gdy chodziło o wpojenie okropności zła i grzechu.
- Mamy mało czasu na czynienie dobra!, tłumaczyła chcąc zachęcić ich, by byli bardziej pilni i wspaniałomyślni.
- Co z tego, że się ma piękne ubrania, jeśli dusza jest brudna?, przestrzegała gdy chciała wychować ich do godnego ubóstwa i do troski o wewnętrzne piękno duszy.

Był również katechizm sakramentów. Wiemy z opowiadania samego Księdza Bosko jak zastosowała go wobec małego Janka. Kiedy zbliżał się czas pierwszej Komunii każdego dnia zaczęła mu wyznaczać jakąś modlitwę i jakąś szczególną lekturę. Potem przygotowała dziecko do dobrej spowiedzi (i kazała mu ją powtórzyć trzy razy w okresie Wielkiego Postu). Następnie gdy nadszedł dzień święta (Wielkanoc 1826 roku) zrobiła tak, aby dziecko naprawdę doświadczyło zjednoczenia z Bogiem. "Jestem pewna - powie w ów dzień do syna - że Bóg zapanował w twym sercu. Obiecaj Mu, że postarasz się być dobrym przez całe życie" .

Był wreszcie katechizm miłości: zarówno w latach względnego dobrobytu jak i w latach głodu dom Małgorzaty pozostawał ciągle otwartym dla ubogich, podróżujących, wędrownych sprzedawców, strażników na zwiadach proszących o szklankę wina, dziewczyny mające trudności natury moralnej. Podobnie też był to dom, do którego zwracały się sąsiadki szukając pomocy gdy zaszło jakieś nieszczęście, jakiś chory potrzebował opieki lub umierający obecności na godzinę przejścia.

d) Pierwsza współpracownica

Są w systemie prewencyjnym stosowanym przez Księdza Bosko sposoby, akcenty, tonacje mające coś z matczynego, miłego, dodającego otuchy, pozwalające zobaczyć w Małgorzacie nie tylko postać kobiety, która nie tylko oddziałuje z daleka, ale także od wewnątrz jako inspiratorka i wzór, jako pomocniczka i oczywiście pierwsza współpracownica.

To właśnie obecność Matusi Małgorzaty na Valdocco w ostatnim dziesięcioleciu jej życia nie mało wpłynęła na "ducha rodzinnego", który wszyscy uważamy za serce salezjańskiego charyzmatu. Nie było zresztą jakiekolwiek dziesięciolecia, lecz pierwsze, to w którym położono fundamenty klimatu, który przeszedł do historii jako klimat Valdocco. Ksiądz Bosko zaprosił Mamę zmuszony koniecznościami praktycznymi. W rzeczywistości zaś w planach Bożych obecność ta miała przekroczyć granice przypadkowej konieczności wpisując się w zakres opatrznościowej współpracy z dopiero co rodzącym się charyzmatem.

Matusia Małgorzata świadoma była tego swojego nowego powołania. Przyjęła to z pokorą i pewnością. W ten też sposób tłumaczy się odwagę, którą wykazała w najtrudniejszych okolicznościach. Wystarczy pomyśleć o epidemii cholery, o gestach i słowach mających coś z proroctwa, jak choćby użycie obrusów z ołtarza na bandaże dla chorych. Wartościowym jest przede wszystkim przykład sławnego "słówka na dobranoc", oryginalna cecha tradycji salezjańskiej. Był to moment, na który Ksiądz Bosko zwracał wielką uwagę, zapoczątkowany właśnie przez Matusię w formie malutkiego kazanka skierowanego do pierwszego przyjętego chłopca . Ksiądz Bosko w sposób ojcowski i rodzinny miał kontynuować potem ten zwyczaj nie jako kazanie w kościele, ale na podwórku, na korytarzu lub pod kolumnadą.

Wewnętrzna wzniosłość tej matki jest tak wielką, że syn, nawet wówczas gdy stanie się doświadczonym wychowawcą, będzie się miał jeszcze czego uczyć od niej. Chcąc streścić to co zostało powiedziane niech znaczącą będzie ocena ks. Lemoyne: "W niej można było uosabiać Oratorium" .

3.2. Valdocco, "rodzina, która wychowuje"

Mimo że Valdocco było pierwszą i jedyną instytucją opiekuńczą i wychowawczą założoną i kierowaną osobiście przez Księdza Bosko, to typowa fizjonomia dzieła, a przede wszystkim wychowawczy system prewencyjny w nim zastosowany, mogą być dobrze zrozumiane nie tylko wyłącznie w połączeniu z Księdzem Bosko, jego doświadczeniem i temperamentem, ale także z tym co dotyczy jego pomocników. Od początku Oratorium było przedsięwzięciem wspólnotowym, zbudowanym i prowadzonym we wzajemnym oddziaływaniu między założycielem i jego współpracownikami .

Wśród nich wybija się znaczna grupa kobiet. Matusia Małgorzata z pewnością nie była jedyną współpracownicą Księdza Bosko w Oratorium. "Inne mamy mieszkały na Valdocco nieustannie zostawiając rodzinne znamię, które koniecznie pochodziło z ich natury i doświadczenia". Po śmierci Matusi Małgorzaty, starsza siostra Marianna przez prawie rok, aż do śmierci, pozostała w Oratorium. Następnie "osiedliła się w Oratorium matka ks. Rua, wspierana przez matkę kleryka Bellia, matkę kanonika Gastaldi i inne. W Oratorium mieszkała także Marianna Magone, matka znanego ucznia Księdza Bosko" . Po jej śmierci w roku 1872 znika obecność i wpływ matek w oratorium .

Należy jednak podkreślić, że matka Księdza Bosko w dziesięcioleciu 1846-1856 była jego główną towarzyszką i współpracownicą, dzieląc z nim "chleb, pracę, trudy, zmartwienie i posłannictwo młodzieżowe" . "Matusia Małgorzata" - takie jest już jej definitywne imię na Valdocco - będzie aktywnie obecna przy pierwszym "zewnętrznym" rozwoju dzieła: pierwszego oratorium, "przyległego domu" lub pensjonatu dla pierwszych rzemieślników i uczniów, pierwszych szkół i warsztatów, kościółka pw. św. Franciszka Salezego, wydawania Czytanek Katolickich w klimacie rewolucji i gróźb pod adresem Księdza Bosko (1853).

W tamtych dniach w Oratorium żyło się bezceremonialnym życiem rodzinnym, ubogim w środki i bogatym w marzenia. Często Ksiądz Bosko musiał wyjść, aby szukać środków na choć proste prowadzenie coraz liczniejszego pensjonatu lub aby znaleźć trochę chleba oraz pisać swoje książki w bibliotece Konwiktu bądź gdzie indziej. Matusia Małgorzata zastępowała go w asystencji chłopców, zajmując się przy tym prostymi pracami domowymi, w kuchni w ciągu dnia i łatając ich ubrania w nocy. Są to sprawy całkiem zwyczajne, z pewnością "małe szczegóły", które jednak "zaważyły na wielu aspektach życia Księdza Bosko i młodzieży, oraz [które] pomagają nam zobaczyć w sposób konkretny 'rodzinę' Oratorium" . Faktycznie bowiem Oratorium w zamiarze Księdza Bosko "miało być domem, tzn. rodziną, a nie chciało być Kolegium" .

Tak oto dawno temu ks. Idzi Viganò dobitnie podkreślił konsekwencję matczynej obecności Matusi Małgorzaty na Valdocco oraz jej wkład w uczynienie "rodzinnym" klimatu Oratorium: "Bohaterska przeprowadzka tej Matki na Valdocco stała się źródłem ducha rodzinnego, którym zostało napełnione środowisko ubogich chłopców. Stąd bierze swój początek istota systemu prewencyjnego i tyle tradycyjnych zwyczajów, które przetrwały. Ksiądz Bosko wiedział z własnego doświadczenia, że formacja jego osobowości miała swoje życiowe korzenie w niezwykłym klimacie poświęcenia i dobroci, ("daru z siebie") w domu rodzinnym w Becchi i dlatego pragnął te najistotniejsze wartości przenieść do Oratorium na Valdocco w środowisko ubogich i opuszczonych chłopców" .

Stąd oczywistym jest, że części składowe "rodziny wychowawczej" , której pragnął Ksiądz Bosko, aby się nią stało jego Oratorium nie zostały "wzięte jedynie z idei pedagogicznych i teologicznych, lecz również z codzienności wiejskiego życia w Piemoncie" . Kobieca obecność matek na Valdocco, a przede wszystkim obecność Matusi Małgorzaty, dała ten szczególny wkład wiary i prostoty, konkretności i wychowawczej mądrości.

4. Rodzina jako posłannictwo

Te refleksje o Matusi Małgorzacie i jej rodzinie pozwalają nam zrozumieć, że rodzina, oprócz tego że jest częścią, nawet jeśli nie bezpośrednią, naszego posłannictwa, jest ze swej natury nade wszystko instytucją społeczną, w której członkowie są zjednoczeni różnego rodzaju więziami międzyosobowymi, w całości animowanymi klimatem uczuć, przekazu i zasad, który obdarza je szczególną charyzmatyczną witalnością. Nasi odbiorcy to młodzież, naszym polem pracy jest ich wychowanie i ewangelizacja. Jednakże tak młodzież jak i wychowanie są nieodłączne od rodziny.

Mówił o tym ks. Idzi Viganò w swoim komentarzu na Synodzie Biskupów o rodzinie w roku 1980, po którym opublikowana została Adhortacja Apostolska Jana Pawła II Familiaris Consortio: "Zobowiązanie naszego salezjańskiego powołania - pisał ks. Viganò - powinno być zrealizowane wobec maluczkich i ubogich. To przede wszystkim oni potrzebują rodziny i to dla nich Ksiądz Bosko doszedł, jak pisze ks. Braido, do swojego najbardziej genialnego pomysłu: dobroci, która wychowuje w klimacie radosnego zjednoczenia rodziny" .

4.1. "Rodzino, stań się tym, czym jesteś!"

"Rodzino, stań się tym, czym jesteś!" - tym apelem Jan Paweł II zapraszał rodziny całego świata, aby odnalazły w sobie całą prawdę i realizowały ją w świecie. Dziś w świecie podważanym przez sceptycyzm nie może raz jeszcze nie zabrzmieć silna zachęta Ojca Świętego, który dodawał odwagi rodzinom w ponownym odkrywaniu tej prawdy o sobie dodając: "Rodzino, uwierz w to, czym jesteś!"

"Budowla Boża", nienaruszalny Boży plan, rodzina jest także "budowlą człowieka", zaangażowaniem człowieka w Boży plan zbawienia.

• Komórka społeczeństwa

Rodzina jest fundamentem i podporą społeczeństwa ze względu na swoje istotne zadanie w służbie życia: w rodzinie rodzą się obywatele i w rodzinie znajdują oni pierwszą szkołę tych cnót, które są duszą życia i rozwoju samego społeczeństwa.

Jako międzyosobowa wspólnota miłości rodzina odnajduje w darze z siebie prawo, które nią kieruje i pozwala jej wzrastać. Dar z siebie skłania małżonków do wzajemnej miłości oraz staje się wzorem i zasadą do zastosowania w relacjach między braćmi i siostrami, a także między różnymi pokoleniami tworzącymi rodzinę. Jedność i uczestnictwo przeżywane codziennie w domu, w chwilach radości i trudności, stanowi dla dzieci najbardziej konkretną i skuteczną pedagogię w najszerzej pojętym horyzoncie społecznym. Każde dziecko jest darem dla braci, sióstr, rodziców i całej rodziny. Jego życie staje się darem dal samych dawców życia, którzy nie będą mogli nie odczuwać obecności dziecka, jego uczestnictwa w ich życiu, jego wkładu w dobro wspólnoty rodzinnej i całego społeczeństwa.

Samo doświadczenie jedności i uczestnictwa, które powinno charakteryzować codzienne życie rodziny, stanowią jej pierwszy i podstawowy wkład na rzecz społeczeństwa. Więzi pomiędzy członkami wspólnoty rodzinnej inspirowane są i kierowane prawem "darmowości", które szanując i wspierając we wszystkich i w każdym osobistą godność jako jedyną racją wartości, staje się serdecznym przyjęciem, spotkaniem i dialogiem, bezinteresowną gotowością, wspaniałomyślną posługą i głęboką solidarnością.

W ten sposób promocja autentycznej i dojrzałej jedności osób w rodzinie staje się pierwszą i niezastąpioną szkołą uspołeczniania. Stanowi ona przykład i bodziec dla najszerzej pojętych więzi międzyosobowych według zasady poszanowania, sprawiedliwości, dialogu i miłości; rodzinne miejsce i skuteczne narzędzie dojrzewania do człowieczeństwa i personalizacji społeczeństwa .

Wszystko to w sposób szczególny ważne jest dziś jeżeli chce się skutecznie przeciwstawić dwom uproszczonym i ograniczającym wzorom rodziny będącym owocem dzisiejszego społeczeństwa konsumpcyjnego: rodziny-twierdzy, egoistycznie skupionej na sobie samej, oraz rodziny- hotelu pozbawionej tożsamości i racjonalności. W konsekwencji, w obliczu społeczeństwa, które popada w niebezpieczeństwo bycia coraz bardziej bezosobowym i ujednoliconym, a co za tym idzie nieludzkim i dehumanizującym wraz ze wszystkimi negatywnymi skutkami różnych form "ucieczki", rodzina wciąż posiada i wyzwala wspaniałe energie zdolne wydobyć człowieka z anonimowości, podtrzymać jego świadomość osobistej godności, ubogacić go głębokim człowieczeństwem oraz włączyć go aktywnie z jego jedynością i niepowtarzalnością w tkankę społeczną.

Kiedy służy życiu, kiedy kształtuje przyszłych obywateli, kiedy przekazuje im ludzkie wartości, które są fundamentalne dla narodu, kiedy wprowadza dzieci w społeczeństwo, wówczas rodzina odgrywa istotną rolę: jest ona wspólnym dziedzictwem ludzkości. Światło rozumu podobnie jak Objawienie Boże zawierają tę prawdę. Jak to stwierdził Sobór Watykański II: rodzina stanowi zatem "pierwszą i żywotną komórkę społeczeństwa" .

• Sanktuarium życia

Pierwszym i podstawowym zadaniem rodziny jest służba życiu, które spełnia w historii pierwotne błogosławieństwo Stwórcy i przekazuje w ten sposób z człowieka na człowieka obraz Boży (por. Rdz 5,1 nn). Odpowiedzialność ta wypływa z jej własnej natury, bycia wspólnotą życia i miłości opartą na małżeństwie, oraz z jej misji strzeżenia, objawiania i przekazywania miłości. Gra idzie o samą miłość Boga, której rodzice ustanowieni są współpracownikami i niemal wykonawcami w przekazywaniu życia i wychowywaniu go zgodnie z planem Ojca. W rodzinie miłość przekazuje dalej życie w czasie: staje się darmowością, przyjęciem, darem. W rodzinie każdy jest uznanym, szanowanym i poważanym jako że jest osobą, a jeśli ktoś jest bardziej potrzebującym, to tym większa i bardziej czujna jest troska o niego.

Rodzina zatem włączona jest w całą przestrzeń życia swoich członków od urodzenia aż po śmierć. Jest ona rzeczywiście sanktuarium życia, miejscem, w którym życie, dar Boży, może być odpowiednio przyjęte i chronione przeciw wielorakim atakom, na które jest narażone i może rozwijać się według wymagań autentycznego ludzkiego dojrzewania.

Jako kościół domowy rodzina powołana jest do głoszenia, celebracji i służenia Ewangelii życia. W prokreacji nowego życia rodzice zauważają, że dziecko, jeśli jest owocem ich wzajemnego obdarowania się miłością, to jest ze swojej strony darem dla ich obojga, darem pochodzącym z "Daru".

• Głosicielka Ewangelii życia

To przede wszystkim poprzez wychowywanie dzieci rodzina wypełnia swoje posłannictwo głoszenia Ewangelii życia. Słowem i przykładem, w codziennych relacjach i wyborach, konkretnymi gestami i znakami, rodzice wprowadzają swoje dzieci do autentycznej wolności, która realizuje się w szczerym darze z siebie oraz rozwijają w nich szacunek do drugiej osoby, poczucie sprawiedliwości, serdeczne przyjęcie, dialog, wspaniałomyślną posługę, solidarność i wszelką inną wartość, która pomaga zrozumieć życie jako powołanie i jako posłannictwo miłości.

W ten sposób, pomimo trudności w działaniach wychowawczych, rodzice z ufnością i odwagą powinni formować dzieci do podstawowych wartości ludzkiego życia. Dzieci zaś winne wzrastać we właściwej wolności w stosunku do dóbr materialnych przyjmując prosty i surowy styl życia, głęboko przekonane, że człowiek znaczy więcej przez to czym jest, niż przez to co posiada.

Wychowawcze oddziaływanie rodziców chrześcijańskich staje się zatem posługą dla wiary dzieci i pomocą w realizacji powołania otrzymanego od Boga. W wychowawcze posłannictwo rodziców wchodzi nauczanie i świadczenie dzieciom prawdziwego znaczenia cierpienia i umierania. Będą tego mogli dokonać jeżeli będą umieć zwrócić uwagę na każde cierpienie jakie spotykają wokół siebie, a jeszcze bardziej jeżeli umieć będą rozwijać postawy bliskości, opieki i dzielenia się z małymi, chorymi i starszymi w obrębie rodziny.

Wszyscy jesteśmy świadomi, że dzieci i młodzież potrzebują wychowania ludzkiego i uczuciowego, które pobudzi ich osobowość, ich odpowiedzialność, ich poczucie wierności i inicjatywy. Potrzebują wychowania ich sfery seksualnej, która, by być wartościową i w pełni ludzką, powinna iść na równi z odkrywaniem zdolności miłowania wpisanej przez Boga w serce człowieka. Chodzi zatem o harmonijną formację do odpowiedzialnej miłości, kierowaną jednocześnie przez Słowo Boże i rozum.

• Szkoła społecznego zaangażowania

Innym zadaniem rodziny jest formowanie swoich dzieci do miłości i życia miłością w każdej międzyosobowej relacji tak, aby sama rodzina nie zamykała się w swoim kręgu, lecz otwarta była na wspólnotę, natchniona poczuciem sprawiedliwości, solidarnością i troską o drugich, a nie tylko obowiązkiem własnej odpowiedzialności względem całej społeczności.

W ten sposób służba Ewangelii życia wyraża się w urzeczywistnianiu solidarności. Społeczne zadanie rodziny nie może jednak zatrzymać się na prokreacji biologicznego pokolenia i wychowaniu dzieci. Rodziny o chrześcijańskim natchnieniu dostrzegają ciągłe wezwanie do otwarcia się na potrzeby bliźniego. Indywidualnie lub w stowarzyszeniu mogą i powinny one zatem oddać się różnorakim dziełom pomocy społecznej, zwłaszcza na rzecz ubogich. Dzieło to staje się szczególnie ważne, aby wspomóc wszystkie te osoby i sytuacje, do których publiczne organizacje opieki społecznej nie potrafią dotrzeć.

Animowana i wspierana przez nowe przykazanie miłości rodzina chrześcijańska żyje gościnnością, szacunkiem, służbą wobec każdego człowieka, cenionego zawsze ze względu na jego godność osoby i dziecka Bożego. Miłość wychodzi poza swoich braci w wierze, ponieważ "każdy człowiek jest moim bratem". W każdym, zwłaszcza jeśli jest ubogim, słabym, cierpiącym i niesprawiedliwie traktowanym, miłość potrafi odkryć oblicze Chrystusa oraz brata, którego miłować i któremu służyć. Rodzina chrześcijańska staje do służby człowiekowi i światu faktycznie urzeczywistniając autentyczny "rozwój ludzki".

Wszyscy wiemy, że niesprawiedliwy podział dóbr między światem rozwiniętym a światem rozwijającym się, między bogatymi i biednymi w tym samym kraju, użycie bogactw naturalnych jedynie na korzyść nielicznych, masowy analfabetyzm, istnienie i ponowne pojawianie się rasizmu, rozwój konfliktów etnicznych i zbrojnych zawsze niszczycielsko dotykały rodzinę. Z drugiej strony należy podkreślić jak bardzo rodzina jest pierwszym i głównym środowiskiem wychowania gdzie mogą się rozwijać odmienne wartości zainspirowane jednością i miłością.

Tytułem przykładu chciałbym uwypuklić coraz większe znaczenie jakie w naszym społeczeństwie, we wszystkich swoich formach, przyjmuje gościnność: od otwarcie drzwi własnego domu, a jeszcze bardziej własnego serca na potrzeby braci, aż po konkretne zaangażowanie dla zapewnienia każdej rodzinie własnego domu jako naturalnego środowiska jej zachowania i wzrastania. Przede wszystkim rodzina chrześcijańska wezwana jest do słuchania i stania się świadkiem polecenia Apostoła: "Przestrzegajcie gościnności" (Rz 12,13). W ten sposób, naśladując przykład i dzieląc się miłością Chrystusa, przyjmie potrzebującego brata: "Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody" (Mt 10,42).

Innym szczególnie znaczącym dla rodzin wyrazem solidarności jest gotowość do adopcji lub przyjęcia porzuconych przez rodziców dzieci i w każdym razie mających poważne trudności. Prawdziwa miłość ojcowska i matczyna potrafi przekraczać więzi krwi i ciała przyjmując także dzieci z innych rodzin ofiarując im to co konieczne jest w ich życiu i pełnym rozwoju.

Ojcowie Kościoła zawsze mówili o rodzinie jako "kościele domowym" lub "małym kościele". "Być razem" jako rodzina przekłada się na bycie jedni dla drugich oraz w tworzenie przestrzeni wspólnoty dla uznania każdego mężczyzny i każdej kobiety. Czasem w grę wchodzą osoby z upośledzeniem fizycznym lub psychicznym, od których tzw. społeczeństwo "postępowe" woli się uwolnić. Czasem również jakaś rodzina określająca się chrześcijańską może zachowywać się według tych reguł. Jest czymś smutnym gdy ktoś szybko pozbywa się starszej lub dotkniętej wadami rozwojowymi osoby, bądź też dotkniętej chorobami. Postępuje się w ten sposób ponieważ ustaje wiara w Boga, dla którego "wszyscy żyją" (Łk 20,38) i przez którego wszyscy powołani są do pełni Życia.

4.2. "Rodzino, uwierz w to, czym jesteś!"

Rodzina nie jest wytworem jakiejś kultury, wynikiem ewolucji, wspólnotowym sposobem życia połączonym z pewną organizacją społeczną. Jest ona naturalną instytucją, wcześniejszą od każdej organizacji politycznej lub prawnej. Zyskuje swoją wartość z niestworzonej przez nią prawdy, jako że pochodzącej bezpośrednio od Boga. W wierności bez zastrzeżeń mężczyzna i kobieta oddają się sobie nawzajem oraz miłują się miłością otwartą na życie.

To, co dotychczas wam przekazałem w sposób wiarygodny wyrażone jest w czterech zadaniach jakie Familiaris consortio wyznacza rodzinie: formację wspólnoty osób, służbę życiu, uczestnictwo w rozwoju społeczeństwa, posłannictwo w ewangelizacji.

Jednak, aby zrealizować te zadania, a co za tym idzie spełnić apel skierowany do rodzin przez Papieża Jana Pawła II - "Rodzino, uwierz w to, czym jesteś!"- potrzeba przede wszystkim, żeby rodzina - a więc małżonkowie, dzieci i wszyscy członkowie środowiska rodzinnego - była mocno przekonana co do tych zadań pochodzących z samej natury i posłannictwa instytucji rodziny oraz przynależy do planu Bożego dotyczącego rodziny i każdej z osób, które ją stanowią.

Chodzi tu o przekonanie, które dla wierzących nie jest jedynie przekonaniem natury rozumowej czy społecznej, lecz ma oparcie w wierze w Boga, który stworzył komórkę rodzinną jako wspólnotę miłości i życia, a przez Swojego Syna uświęcił ją łaską sakramentu, aby była dla wszystkich znakiem i narzędziem komunii.

5. Zastosowania duszpasterskie i pedagogiczne

Jak to jest w zwyczaju, Wiązanka, a szczególnie ta na rok 2006, daje nam sposobność przekazania całej Rodzinie Salezjańskiej niektórych duszpasterskich wskazań i pedagogicznych zastosowań.

Dostrzegłem i doceniłem udany wysiłek niektórych salezjańskich inspektorii przełożenia na programy wychowawcze Propozycji Duszpasterskiej, którą chciałem, aby towarzyszyła tej Wiązance, jak to już miało miejsce w roku 2004. Również czasopismo Note di Pastorale Giovanile poświęciło jeden monograficzny numer, aby pogłębić temat oraz zaofiarować cenne i stosowne pomoce. Zachęcam was, abyście mieli na uwadze wszystkie te materiały, które mogą być wam użyteczne. Osobiście zaś proponuję wam główne kierunki inspirujące propozycję duszpasterską.

• Oto moje wskazania

Otoczenie specjalną troską rodziny w naszej propozycji wychowawczej i ewangelizacyjnej wymaga między innymi:

- Zapewnienia szczególnego zaangażowania w wychowanie do miłości w zakresie salezjańskich działań wychowawczych oraz na szlaku wychowania do wiary zaproponowanym młodzieży. KG 23 przedstawiała wychowanie do miłości jako jedną z istotnych kwestii, która ukazuje wpływ wiary na życie lub jej praktyczny brak znaczenia. Typowe doświadczenie Księdza Bosko oraz wychowawczy i duchowy wkład Systemu Prewencyjnego ukierunkowują nas na:
• położenie szczególnego znaczenia na zobowiązanie stworzenia wokół młodzieży wychowawczego klimatu bogatego w wymianę komunikatywno-uczuciową,
• docenienie autentycznych wartości czystości,
• promocję relacji między chłopcami i dziewczętami w szacunku wobec siebie i innych, we wzajemności, w obustronnym ubogacaniu się i w radości darmowego obdarowywania,
• zapewnienie w środowisku wychowawczym obecności przejrzystych świadków, zadowolonych z miłości, szczególnie poprzez oddanie się w czystości.

- Towarzyszenia i wspierania rodziców w ich wychowawczej odpowiedzialności w pełni włączając ich w realizację Salezjańskiego Programu Wychowawczo-Duszpasterskiego.
KG 24 mówiąc o włączeniu świeckich w posłannictwo salezjańskie uznawała zaangażowanie rodziców oraz rolę rodzin na naszych placówkach, wymagając jednocześnie zintensyfikowania współpracy z rodziną, jako pierwszą wychowawczynią swoich synów i córek (por. KG24, 20.177). Stąd proponowała docenić niezastąpiony wkład rodziców i rodzin, z których wywodzi się młodzież, popierając tworzenie się komitetów i stowarzyszeń, które mogą poprzez swą obecność zapewnić i ubogacić wychowawcze posłannictwo Księdza Bosko (por. KG24, 115).

- Promowania i przysposobienia salezjańskiego stylu rodzinnego we własnej rodzinie, we wspólnocie salezjańskiej i we wspólnocie wychowawczo-duszpasterskiej.
Salezjański duch rodzinny stanowi znamię naszej duchowości (por. KG24, 91-93) i wyraża się:
• w bezwarunkowym słuchaniu drugiego,
• we wdzięcznym przyjęciu osób,
• w animującej obecności wychowawcy wśród młodzieży,
• w dialogu oraz w komunikacji międzyosobowej i instytucjonalnej,
• we współodpowiedzialności w odniesieniu do podzielanego programu wychowawczego.

- Dojrzewania w duchu i doświadczeniu Rodziny Salezjańskiej w służbie wychowawczego i duszpasterskiego zaangażowania wśród młodzieży.
Rodzina Salezjańska w szczególny sposób prosi nas o wspólne zaangażowanie, aby zaofiarować każdemu z młodych ludzi propozycję oraz odpowiednie i wymagające towarzyszenie powołaniowe (por. KG25, 41 i 48). Dlatego też potrzeba wzrastania jako Rodzina poprzez:
• dobre funkcjonowanie Konsulty Rodziny Salezjańskiej,
• włączenie w nią młodzieży,
• inicjatywy i zajęcia, które doprowadzą Rodzinę Salezjańską do tego, że coraz bardziej będzie działać jako "ruch apostolski i duchowy".

• Niektóre praktyczne wskazania

• Przygotować w programie formacji młodzieży stopniową i systematyczną drogę wychowania do miłości, która pomoże nastolatkom i młodzieży
- przyjąć ludzką i chrześcijańską wartość seksualności,
- dojrzewać do pozytywnej i otwartej relacji między chłopcami i dziewczętami,
- stawić czoła, w świetle godności osoby ludzkiej, wartościom życia i zasadom Ewangelii, różnym współczesnym problemom dotyczącym życia i ludzkiej seksualności,
- otworzyć się na Boży plan jako konkretną drogę do życia osobistym powołaniem do miłości.
Należy nadać szczególne znaczenie temu aspektowi w procesach formacji zaproponowanych stowarzyszeniom i grupom Salezjańskiego Ruchu Młodzieżowego oraz w osobistym towarzyszeniu młodzieży.

• Promować wśród dorosłej młodzieży naszych środowisk (animatorów, wolontariuszy, młodych współpracowników...) konkretne procesy formacji, towarzyszenia i rozeznawania powołania do chrześcijańskiego małżeństwa. W tym zadaniu trzeba się będzie postarać pobudzić współpracę chrześcijańskich par włączonych już w lokalne grupy Rodziny Salezjańskiej.

• Pobudzać na naszych placówkach grupy, ruchy i stowarzyszenia par małżeńskich i rodzin, które będą mogły pomóc rodzinom żyć i pogłębiać ich powołanie małżeńskie oraz z zaangażowaniem podjąć się swojej wychowawczej odpowiedzialności.
W Rodzinie Salezjańskiej istnieją grupy "Rodzin Księdza Bosko", "Hogares Don Bosco", promowane i animowane przez Współpracowników Salezjańskich. Ale istnieje także wiele innych rodzinnych stowarzyszeń, tj. "Rodzinny Ruch Chrześcijański", "Spotkania Małżeńskie" itp.

• Pomagać rodzicom młodzieży z naszych dzieł w ich wychowawczej odpowiedzialności poprzez tworzenie stowarzyszeń rodziców, szkół rodziców itp. wraz z konkretną i systematyczną propozycją formacji i dzielenia się tematyką wychowawczą.

• Wzmocnić na każdej placówce salezjańskiej wspólnotę wychowawczo-duszpasterską zwracając szczególną uwagę na relacje personalne, klimat rodzinny, możliwie najszersze uczestnictwo, dzielenie się wartościami salezjańskimi oraz zamierzeniami programu wychowawczo-duszpasterskiego. W ten sposób salezjańskie dzieło stanie się domem dla młodzieży, a także wsparciem dla zaangażowanych rodzin.

• Wprowadzić rodziny na drogę wychowania i ewangelizacji proponowaną i animowaną wśród młodzieży za pośrednictwem inicjatyw tj. wspólnych spotkań rodziców i dzieci, katechez rodzinnych, włączenia rodziców w animację grup MGS, wspólnych celebracji i spotkań, rodzinnych wspólnot chrześcijańskich jako punktu odniesienia dla drogi wiary zaproponowanej młodzieży, itd.

• Dodać odwagi, przygotować i towarzyszyć naszym świeckim, aby promowali i bronili w społeczeństwie praw rodziny w obliczu praw i sytuacji, które jej szkodzą.

• Pogłębić świadomość Rodziny Salezjańskiej wśród różnych grup obecnych w tym samym środowisku poprzez znajomość i podzielenie się "Kartą jedności" i "Kartą posłannictwa" oraz urzeczywistnianiem "Konsulty Rodziny Salezjańskiej" na różnych szczeblach.

Zakończenie: legenda o zabarwieniu mądrościowym

A teraz na zakończenie, jak to już robiłem przy okazji poprzednich komentarzy do Wiązanki, przedstawię wam legendę, która może stanowić syntezę tego, co wyraziłem w tym komentarzu.

Rodzina

W sercu pewnej doliny, wśród pól, łąk i lasów, w dwupiętrowym domku żyła szczęśliwa rodzinka. Chwilowo była ich trójka: mama, tata i sześcioletnie jasnowłose dziecko. Tata pracował w fabryce wytwarzającej krany, mama uprawiała ogród za domkiem oraz pilnowała silną ręką dwanaścioro rozwrzeszczanych kur i aroganckiego koguta. Dziecko chodziło do szkoły szczęśliwe i dumne, że już nauczyło się pisać swoje imię. Znało również znaczenie słowa "burzący się".

W środku doliny przepływał szybki i kręty potok. Domek wznosił się nieco odizolowany od wioski. W ten sposób w niedzielę rodzinka stłoczona w małym samochodzie jechała na Mszę do kościoła parafialnego. Potem zaś jedli loda lub pili gorącą czekoladę w zależności od pory roku. Wieczorem w domku było zawsze trochę zamieszania, ponieważ dziecko przed pójściem do łóżka zawsze znajdowało jakąś wymówkę, jak np. liczenie gwiazd, świetlików lub kwadracików na obrusie. Przed zaśnięciem wszyscy modlili się razem. Anioł Pański każdego wieczoru przyjmował modlitwy i zanosił je do nieba.

Pewnej jesieni przez wiele dni padał deszcz. Potok napełnił się ciemną wodą. W górze pnie i błoto stworzyły tamę, która utworzyła błotniste jezioro. O zachodzie słońca, pod naporem wody tama została przerwana. Dolinę zaczęła zalewać woda. Tata obudził mamę i dziecko. Przestraszeni przytulili się nawzajem do siebie, jako że woda wtargnęła na parter domku i ciągle się podnosiła. Była coraz ciemniejsza i coraz szybsza.

"Wejdźmy na dach!" - powiedział tata. Wziął dziecko, które w ciszy silnie obejmowało jego szyję mając oczy pełne strachu i wyszedł na strych, a stamtąd na dach. Mama wyszła za nimi.

Na dachu czuli się niczym rozbitkowie na małej wysepce, która była coraz mniejsza, ponieważ woda wciąż się podnosiła i nieubłaganie doszła do kolan taty. Tata usadowił się mocno na dachu, przytulił mamę i rzekł do niej: "weź dziecko na rękę i siądź na moich plecach!"

Mama i dziecko usiedli na plecach taty, który dodał: "Stań na moich barkach i podnieś dziecko na twoje ramiona. Nie bój się. Cokolwiek się stanie, ja nie zostawię ciebie!".

Mama pocałowała dziecko i rzekła: "wyjdź na moje plecy i nie bój się. Cokolwiek się stanie, ja nie zostawią ciebie!"

Woda wciąż się podnosiła. Zatopiła tatę i jego ramiona wyciągnięte, aby podtrzymać mamę; potem pochłonęła mamę i jej ramiona wyciągnięte, aby podtrzymać dziecko. Jednak ani tata, ani mama nie odpuścili uchwytu. Woda nadal się podnosiła. Doszła aż do ust dziecka, do jego oczu i czoła.

Anioł Pański, który przybył aby zabrać modlitwy wieczorne zauważył jedynie mały jasny kosmyk wyłaniający się z mętnej wody.

Lekkim ruchem chwycił jasny kosmyk i pociągnął. Pociągnięte za jasne włosy wyłoniło się dziecko. Następnie przyczepiona do dziecka wyłoniła się mama, a potem przyczepiony do mamy wyłonił się tata. Żadne z nich nie puściło chwytu.

Anioł wzbił się w powietrze i spokojnie opuścił niezwykły łańcuch na najwyższym ze wzgórz, gdzie woda nigdy by nie doszła. Tata, mama i dziecko koziołkowali na trawie, a potem przytulili się płacząc i śmiejąc się.

Zamiast modlitw tego wieczoru Anioł zaniósł do nieba ich miłość. A wszystkie zastępy niebieskie wybuchnęły głośnymi oklaskami.

* * *
Oto moi drodzy pewna bardzo salezjańska "przypowieść", jako że przesłaniem jest to, że zaczynając od najmłodszych "ciągniemy do góry" resztę rodziny.

Kończę ponawiając życzenia szczęśliwego Nowego Roku 2006, który zaczynamy pod opieką Maryi, Bogurodzicy. Niech Ona nauczy nas kontemplować rodzinę, którą potrafiła stworzyć w Nazarecie, aby zrozumieć jej tajemnicę i naśladować ją.

Z wyrazami szacunku w Księdzu Bosko

Ks. Pascual Chávez V.
Przełożony Generalny
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Rzym, 1 stycznia 2006 roku

Autor

Ks. Pascual Chávez
Przełożony Generalny Salezjanów w latach 2002-2014.
IX Następca Ks. Bosko.

Źródło

(; )


Udostepnij