Przejdź do treści

Czytelnia

Wielkanoc w Afryce

  • Katarzyna BerlińskaJest studentką Uniwersytetu Medycznego w Łodzi (po V roku na kierunku: Zdrowie Publiczne i po II roku Ratownictwa Medycznego). Przez jeden rok pracowała w przedszkolu i w oratorium na misji sióstr salezjanek w Mansie.

Jego ciało złożono pod ołtarzem w holu Centrum Młodzieżowego. Na mszę przyszło tyle osób, że nie było gdzie stanąć. Przeczytaj list wolontariuszek Katarzyny Berlińskiej i Małgorzaty Tylec z Mansy o przeżywaniu Świąt Wielkiejnocy w Afryce.

Od naszego ostatniego listu w Mansie miało miejsce kilka istotnych wydarzeń. W kwietniu zakończyliśmy pierwszy semestr roku szkolnego. W Szkole Podstawowej św. Jana Bosko uczniowie pisali egzaminy sprawdzające wiedzę. Nasze maluchy w przedszkolu powtarzały przerobiony materiał. Potem każdy udał się na miesiąc wakacji. My w tym czasie przygotowywałyśmy się do nadchodzących Świąt Wielkiejnocy. Porządki i prace w ogrodzie pochłaniały całą naszą energię. Potem już tylko wyciszenie i oczekiwanie na pierwszą w życiu Wielkanoc w Afryce.

Jak to będzie wyglądało? Czy bardzo się będzie różnić od naszych polskich świąt? Te pytania towarzyszyły nam cały czas.
To były wyjątkowe święta. Nikt nie przypuszczał, że będziemy świadkami ludzkiej tragedii, rozgrywającej się za murami naszej misji. Wszystko zaczęło się w noc poprzedzającą Niedzielę Palmową i trwało cały tydzień. W tym czasie okradziono i spalono wiele sklepów, a wśród nich miejscową piekarnię. Policja nie dawała sobie rady z panujących chaosem, więc sprawę przekazała wojsku. 12 osób zginęło. Choć byliśmy bezpieczni za murami otaczającymi misję, wiele obaw budziło się w naszych sercach. Doskonale słyszeliśmy dochodzące z miasta krzyki i strzały z broni palnej. Nie ustawałyśmy w modlitwie i powierzałyśmy się opiece Maryi Wspomożycielki Wiernych. Sam ks. Michał stwierdził, że mamy prawdziwy Wielki Tydzień. Pomimo tych wydarzeń gromadziliśmy się w kościele podczas Triduum Paschalnego.

W Wielki Czwartek, ludzie licznie przybyli, aby uczestniczyć w Eucharystii, podczas której dwunastu mężczyznom obmyto nogi. Po zakończeniu adorowaliśmy Najświętszy Sakrament, po czym w ciszy i zupełnej ciemności z braku prądu, rozeszliśmy się do domów. W Wielki Piątek o godzinie 15.00 tłumy zgromadziły się przy kościele parafialnym. Rozpoczęliśmy Drogę Krzyżową prowadzoną przez młodzież z parafialnego Centrum Młodzieżowego. Jezus skazany na śmierć, bierze krzyż na swoje ramiona, upada pod jego ciężarem, aż trzy razy, a w końcu zostaje do niego przybity, na nim powierza swoją duszę Ojcu i umiera. Jego ciało złożono pod ołtarzem w holu Centrum Młodzieżowego. Przyszło tyle osób, że nie było gdzie stanąć, a co dopiero usiąść.

Adoracja krzyża trochę różniła się od naszej. Wiele osób podchodzących w procesji nie całowało krzyża, lecz na znak okazania szacunku przyklękało i przyklaskiwało trzy razy. Kolejny dzień - Wielka Sobota. Nie było święcenia pokarmów. W Mansie rozpoczęliśmy błogosławieństwem ognia już o 16.00, kiedy słońce jeszcze było wysoko i opalało nasze twarze. Czytania, psalmy i wyczekiwany śpiew "Alleluja" i wielka radość ze Zmartwychwstania Jezusa. Do domu wracałyśmy ze śpiewem na ustach, a nogi same rwały się do tańca.

Niedziela Wielkanocna rozpoczęła się dla nas bardzo wcześnie bo już o 5.00 rano. Wstałyśmy aby ugotować barszcz i jajka na uroczyste śniadanie wielkanocne. Zaprosiłyśmy ks. Michała, który najpierw pobłogosławił pokarmy, a następnie cały dom i jego domowników. Potem uroczysta Msza Święta, która trwała ponad 3 godziny - nie mogło być inaczej. I to był koniec świętowania. Poniedziałek Wielkanocny choć jest dniem wolnym od pracy, nie jest świętowany. Dzień jak co dzień - choć w naszym przypadku był troszkę mokry. Przed poranną mszą, która jak zwykle w poniedziałek odbywa się u księży salezjanów, przygotowałyśmy wiadra z wodą. Suchej nitki nie pozostało na siostrze Godelive. Również kleryk George poczuł co to znaczy lany poniedziałek. Gosia polowała na ks. Michała cały dzień, lecz niestety nie udało się go oblać.

1 maja 2011 roku był dla każdego Polaka szczególnym dniem, bez względu na to gdzie się w tym czasie znajdował. Niesamowitym przeżyciem musiało być bezpośrednie uczestnictwo w beatyfikacji Ojca Świętego Jana Pawła II. My oglądaliśmy te wydarzenia w telewizji. Cała polska drużyna misji salezjańskiej w Mansie czyli, siostra Zofia, ks. Michał i my, wpatrywała się ze wzruszeniem i wielką radością w ekran. Dla każdego Zambijczyka była to zwykła niedziela.

Z początkiem maja ożywienie znów zapanowało na terenie misji. Do świeżo pomalowanej szkoły wrócili uczniowie. Choć zapach farby ciągle czuć, to nie przeszkadza to nikomu. Również nasze maluchy w przedszkolu zaczęły się gromadzić, z każdym dniem przybywa ich więcej. Zadowolone, pełne energii wychodzą przed szkołę, aby wspólnie pośpiewać i pomodlić się zanim rozpoczną naukę. Już w pierwszym tygodniu zajęć mogły nacieszyć swoje oczy rozgrywkami sportowymi z racji święta Marii Mazzarello - współzałożycielki zgromadzenia sióstr salezjanek. Z zaciekawieniem patrzyły jak ich nauczycielki grały z nauczycielami ze szkoły podstawowej.

Każdy dzień spędzony na misji przynosi coś nowego. O tym co przed nami napiszemy w kolejnym liście. Tymczasem pozdrawiamy z Mansy, dziękujemy za okazywane wsparcie oraz pamięć w modlitwie.

Katarzyna Berlińska, Małgorzata Tylec
16.05.2011
Mansa, Zambia

Autor

Katarzyna Berlińska
Jest studentką Uniwersytetu Medycznego w Łodzi (po V roku na kierunku: Zdrowie Publiczne i po II roku Ratownictwa Medycznego). Przez jeden rok pracowała w przedszkolu i w oratorium na misji sióstr salezjanek w Mansie.

Źródło

Salezjański Ośrodek Misyjny


Udostepnij