Przejdź do treści

Wiadomości

„Ksiądz Kubacki, Bazylika, piątką do końca... On ci pomoże!”

  • 23 lutego 2018 r.
Salezjanin Sprawiedliwym wśród Narodów Świata
Salezjanin Sprawiedliwym wśród Narodów Świata

Publikujemy fragment książki Pragnęłam żyć napisanej w formie pamiętnika przez Halinę Aszkenazy-Engelhard (zm. 2.10.2016 r. w Tel Awiwie), zadedykowanej ks. Michałowi Kubackiemu, salezjaninowi, który pomógł wielu ludziom w czasie II wojny światowej, posługując w Bazylice Najświętszego Serca Jezusowego w okupowanej Warszawie. Pośmiertnie w 1997 r. został odznaczony tytułem „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata”, na wniosek Haliny Aszkenazy-Engelhard.

 

POWRÓT DO WARSZAWY

Rano, gdy tylko zaświtało, ruszyłyśmy w drogę. Szłyśmy wzdłuż toru kolejowego, nie mając odwagi wejść na stację. Nie zaszłyśmy daleko, kiedy zatrzymało nas kilku pastuchów, z których jeden był na koniu. „Dokąd to, Żydówy! – zaczęli wrzeszczeć. Oddawać pieniądze albo pójdziemy na gestapo”. Był to pierwszy szantaż, na jaki natknęłyśmy się. Tym bardziej byłyśmy zdziwione, że chciały nas zastraszyć dziesięcioletnie wyrostki. Tola i Basia wybuchnęły płaczem, błagając chłopców, żeby zostawili nas w spokoju. Ja byłam bardziej zrównoważona. Starałam się wyperswadować im fałszywe podejrzenia i tłumaczyłam, że nie mamy pieniędzy. Cóż im z tego przyjdzie, jeśli pójdą na gestapo i zameldują o nas? Chłopcy jednak uparcie nastawali i grozili nam. Ten na koniu zagrodził nam dróżkę, uniemożliwiając przejście. Wówczas zaproponowałyśmy im pięćdziesiąt złotych, dając do wyboru to albo nic. Chłopcy zgodzili się, złapali pieniądze i szybko oddalili się.

Szłyśmy dalej wzdłuż toru kolejowego. Obok toru dostrzegłyśmy polskiego kolejarza. Zbliżyłyśmy się do niego, prosząc o kupienie nam biletów. Kolejarz odmówił stanowczo. Nie pomagały nasze prośby ani błagania. Nagle podszedł do nas jakiś mężczyzna, który nie wyglądał na miejscowego. Przedstawił się szeptem: ,,Jestem oficerem polskim, pracującym w podziemiu. W jaki sposób mogę wam pomóc?”. Zaofiarował się kupić nam bilety. Nie przyjął przy tym od nas pieniędzy. Pociąg wjechał już na stację, czekałyśmy z niecierpliwością na naszego przygodnego znajomego. Wreszcie przybiegł zadyszany, wręczył nam bilety i oddalił się szybko, bojąc się widocznie konsekwencji swego postępowania.

Naładowany ludźmi pociąg powoli ruszał. Wskoczyłyśmy w ostatniej chwili, każda do innego przedziału. Pociąg nabierał szybkości. Stałam otoczona wiejskimi kobietami i mężczyznami. Myślałam o tym, co zrobimy po przybyciu do Warszawy, dokąd się udamy. Wtedy przypomniałam sobie tamten pociąg i usłyszałam głos matki: „Ksiądz Kubacki, Bazylika, piątką do końca... On ci pomoże!”. Nawet w tej przytłaczającej i beznadziejnej chwili matka znajdowała dla mnie radę i kierowała mną. Postanowiłam pójść do tego nieznanego księdza. Wierzyłam w niego, tak jak wierzyła matka. Pociąg jechał szybko, zatrzymując się od czasu do czasu na większych stacjach. W pewnej chwili usłyszałam szeptanie kobiet: kolejarze niemieccy. Zobaczyłam czarne mundury i szukające kogoś w tłumie pasażerów oczy. Niemcy przepchnęli się i weszli do drugiego przedziału. Serce biło mi ze strachu. Po paru minutach pociąg zatrzymał się. Nagle usłyszałam straszny krzyk, krzyk przeszywający mi serce: „Ja chcę żyć! .Ja chcę żyć! Nie zabierajcie mnie!”. Spojrzałam przez okno i ku memu wielkiemu przerażeniu ujrzałam Celinę, szamoczącą się z żandarmem, a także Tolę l Basię. Biedne dziewczęta błagały przeraźliwym głosem: „Dajcie nam żyć! Dajcie nam żyć!”. Niemcy trzymali je silnie, nie zwracając uwagi na ich płacz. W tym momencie pociąg ruszył, rozdzielając mnie na zawsze z ostatnią pozostałą mi bliską osobą. Przez okno pociągu widziałam jeszcze tragiczną postać Celiny, która nawet w tej ostatniej chwili całą swoją postawa wyrażała bunt – bunt i rozpacz. Jej krzyki długo dochodziły do mnie z oddali: ,,Ja chcę żyć! Ja chcę żyć!”. Wiedziałam, że chciała żyć – żyć i tańczyć. Cała jej natura, cała jej istota rwała się do życia i walczyła o nie zawzięcie. Została jednak pokonana, tak jak niegdyś w tańcu getta. Stałam obok okna, ze straszliwym obrazem Celiny w sercu. Myśli moje były tam – przy nich, przy Celinie, Basi i Toli.

Pozostałam zupełnie sama, bez jednej chociażby bliskiej i drogiej mi osoby. Najpierw odeszła matka, teraz Celina. Stałam jak ogłuszona, nie zwracając uwagi na otaczających mnie ludzi. Jak przez sen słyszałam wychodzące z ich ust słowa litości i przekleństwa pod adresem Niemców. Przyjechałam do Warszawy. Wolnym krokiem wysiadłam z pociągu, przeszłam przez punkt kontrolny i wyszłam na ulicę, szukając tramwaju. Popatrzyłam na numery i pierwszy z nich to była piątka. Zrezygnowana i obojętne na wszystko dałam unieść się jakiejś dziwnej sile, która popychała mnie w kierunku tego tramwaju. Moje cierpienie było tak wielkie, że paraliżowało moją wolę. Jechałam tramwajem, bo tak kazała mi matka. Nie zależało mi już na niczym. Tramwaj dojechał do końca. Zobaczyłam duży kościół z okrągłą kopułą. Weszłam do środka. W kościele było prawie pusto. Nie widząc żadnego z księży, weszłam do zakrystii i zapytałam o księdza Kubackiego. Kazano mi poczekać, gdyż nie było go w tej chwili. Usiadłam na ławeczce, ale w pewnej chwili cały kościół zawirował mi przed oczyma i upadłam. Gdy otworzyłam oczy stał obok mnie wysoki, siwy ksiądz o dobrych niebieskich oczach, które wyrażały wielki niepokój. ,,Co się stało? – zapytał. Co cię do mnie sprowadza, dziecko moje?”. Jego słowa, zawierające w sobie nutę troskliwości, a szczególnie te ostatnie wyrazy wzruszyły mnie bardzo i wybuchnęłam płaczem. Ksiądz Kubacki zabrał mnie do swego gabinetu i tam opowiedziałam mu wszystko. Jakie było moje zdziwienie, gdy przypomniał sobie moją matkę i doskonale pamiętał o danym jej przyrzeczeniu. Żałował jedynie, że Celina nie zdołała przyjechać wraz ze mną. Zdałam się zupełnie na tego człowieka, do którego od pierwszej chwili poczułam wielkie zaufanie. Dobroć i uczciwość patrzyły mu z twarzy. Najpierw zatroszczył się, żeby mnie nakarmić, następnie wyszukał dla mnie w archiwum metrykę chrztu. W przeciągu paru minut posiadałam to, o co walczyły dziesiątki tysięcy Żydów – dokument, za który ludzie płacili wiele pieniędzy. Ksiądz Kubacki wtajemniczył w moje pochodzenie gospodynię miejscowego Caritasu, którego był dyrektorem. Miał on do niej całkowite zaufanie, ale dla pełnego bezpieczeństwa zaprzysiągł ją w imię Chrystusa. Poszłam z moją opiekunka do kuchni Caritasu, która od tego momentu stała się moim drugim domem.

Pragnęłam żyć, Wydawnictwo Salezjańskie.


Udostepnij