Przejdź do treści

Wiadomości

Uganda: Polskie bociany

  • 23 lutego 2018 r.
Uganda: Polskie bociany
Uganda: Polskie bociany

Polscy misjonarze są najlepszymi ambasadorami Rzeczpospolitej. W Afryce w Ugandzie, polscy salezjanie ks. Jan Marciniak i ks. Ryszard Józwiak ocalili przed zapomnieniem polski cmentarz z okresu drugiej wojny światowej. Skąd wzięli się Polacy w Afryce?

18 tysięcy Polaków, głównie kobiet i dzieci, zostało ewakuowanych w czasie II wojny ze Związku Sowieckiego. To ludzie, którzy zostali wywiezieni w głąb Rosji, na Syberię i zmuszeni do katorżniczej pracy, a po powstaniu armii Władysława Andersa, mogli opuścić „nieludzką ziemię” wraz z żołnierzami. Najpierw trafili do Iranu. Potem na pokładzie statku Batory przez Pakistan, Indie, trafili do Kenii, a stąd do miejscowości Koja nad Jeziorem Wiktorii w Ugandzie, gdzie ostatecznie powstała trzytysięczna polska kolonia. Anglicy przygotowali tutaj obóz uchodźców na rozległym wzgórzu. Polacy, pomimo wydanych przez Brytyjczyków zakazów kontaktowania się z tubylcami, bardzo szybko znaleźli wspólny język z miejscową ludnością. Afrykanie po raz pierwszy spotkali białych ludzi, którzy traktowali ich jak swoich, nie tworząc sztucznych barier.

70 lat po powstaniu tego osiedla odwiedziłem to miejsce, dokumentując otwarcie nowego budynku ośrodka zdrowia, którego budowę finansowały Salezjański Wolontariat Misyjny Młodzi Światu, polska ambasada oraz ludzie, którzy kiedyś tutaj mieszkali. Koja tak jak wtedy jest zapomnianą wioską nad jeziorem. Jadąc samochodem, myślałem o naszych rodakach, o polskich dzieciach i młodzieży, którzy pokonywali te same gruntowe drogi. O Koja słyszałem już wcześniej od naszych wolontariuszy, którzy w 2001 roku porządkowali polski cmentarz – jedyną wyraźną materialną pamiątkę, która pozostała po polskim obozie uchodźców. Wolontariusze pracowali pod przywództwem diakona Adama Parszywki, dzisiaj inspektora Inspektorii św. Jacka w Krakowie. Odnaleźli to miejsce dzięki ks. Janowi Marciniakowi.

Na cmentarz nie jest łatwo trafić. Droga jest niezwykle urokliwa, mój samochód jedzie wewnątrz zielonego tunelu z poprzerastanych drzew i pnączy. W pewnym momencie pojawia się droga na szczyt wzgórza. To dawna główna droga obozowa. Na szczycie był kościół, od którego promieniście rozchodziły się ulice i domy. Potem jechałem drogą, która jest pozostałością po obozie i biegnie u podnóża rozległego wzgórza. Tu właśnie mieszkało 3000 naszych rodaków.

Cmentarz jest na sąsiednim wzgórzu. Widać go było doskonale z obozu uchodźców. Z cmentarza widać z kolei Jezioro Wiktorii. Dojechałem do cmentarza, którym opiekowali się salezjanie, tj. ks. Marciniak i ks. Józwiak. Ten drugi, wspólnie z młodzieżą z Ugandy i z Polski, odbudował cmentarz, który był w całkowitej ruinie. Zobaczyłem piękny obiekt, otoczony biało-czerwonym murem z białymi krzyżami, wspaniale utrzymany. Także dzięki opiece Ambasady Polskiej z Nairobi. W Afryce nie spotkałem lepszego miejsca na modlitwę i medytację. Wracałem tam później przez trzy kolejne dni, aby modlić się, fotografować i filmować.

W kolejnych dniach odbyło się uroczyste otwarcie przychodni, na którym gościli m.in. sybiracy – dawni mieszkańcy obozu, oraz przedstawiciele rządu polskiego. Spotkanie z nimi i ich wspomnienia były dla mnie prawdziwym dotknięciem historii. Zaczęło się ono modlitwą na cmentarzu. Byłem dumny, że jestem częścią tej naszej polsko-afrykańskiej i salezjańskiej historii jako Polak i jako salezjanin.

Danuta Kołodzielska, która wspólnie z bratem Ryszardem Janoszem po raz pierwszy po 70 latach wrócili do Koja mówi: – To był raj po całej gehennie Sybiru. Wspaniałe dzieciństwo pełne przygód i zabawy. Przez całe dorosłe życie wracałam pamięcią do Koja. Do naszej dyspozycji był wielki afrykański plac zabaw: jezioro, nieznane tropikalne drzewa, owoce i warzywa, niezwykłe zwierzęta.

Prężnie działała organizacja harcerska. No i przede wszystkim kościół na szczycie wzgórza w centrum obozu. Tutaj przyjęłam Pierwszą Komunię Świętą. Wiara nas jednoczyła i dodawała sił.

Ryszard Janosz: – Wszystkich nas pokrzepiała wiara. Pomimo trudności i cierpienia, ona nie tyle przetrwała, ale umocniła się i wrosła w nasze serca. Wszyscy bardzo tęskniliśmy za Polską, chociaż my jako dzieci tej Polski nie pamiętaliśmy. Zawsze co roku życzyliśmy sobie na wigilię, aby były to nasze ostatnie święta na obczyźnie.

Z tego niesamowitego spotkania zapamiętałem szczególnie jedno zdarzenie podczas naszej wspólnej modlitwy nad grobami tych, którzy byli w drodze do Polski, ale swoje doczesne szczątki złożyli w afrykańskiej ziemi. Patrząc na naszych sybiraków i na ich białe włosy, zobaczyłem w górze nad nami bociana, pewnie przyleciał tu z Polski jak nasi sybiracy do swojej Polski w Afryce.

Więcej artykułów w najnowszym numerze magazynu „Don Bosco”.

Autor

Ks. Roman Sikoń SDB


Udostepnij