Przejdź do treści

Wiadomości

Relacja wolontariuszki z Zway (Etiopia)

  • 23 kwietnia 2018 r.
Relacja wolontariuszki z Zway (Etiopia)
Relacja wolontariuszki z Zway (Etiopia)

Prowadź głębiej, niż pójść mogą moje stopy

Kolejna odsłona mojej misji. Na pewno nie spodziewałam się, że będzie tak bogata w różnorodne doświadczenia. Piękne, choć czasem bardzo dla mnie trudne. Ale to, co wymaga więcej wysiłku, chyba bardziej się docenia i pamięta. Dla mnie ta misja jest spotkaniem z wciąż nowymi ludźmi, z człowiekiem i jego historią, najczęściej niełatwą.

Spotkanie

Tym razem w dispensary – nie znalazłam właściwego polskiego odpowiednika, żeby opisać to miejsce jednym słowem, bo „szpital”, „klinika”czy nawet „przychodnia” nie oddają jego sensu. Dispensary to miejsce, gdzie pacjenci są poddawani leczeniu, ale jest ono prowadzone w ramach dobroczynności. Znajduje się zaraz przy wejściu na naszą misję. Mieści się w jednym parterowym budynku, z poczekalnią na świeżym powietrzu. Wewnątrz jest kilka pomieszczeń, sypialnia dla dzieci, sale zabaw oraz łazienki, na tyłach jest zadaszona weranda gdzie najchętniej przebywają pacjenci. Otwarte jest codziennie oprócz niedziel. Pracuje tutaj siostra Anita, Beletu – pielęgniarka, a także laborantka i zarazem tłumaczka Betty.

To miejsce spełnia w zasadzie dwie funkcje: udziela się tu pomocy medycznej w bardzo podstawowym zakresie, włącznie z wydawaniem leków, wydaje się chleb i mleko zarówno na miejscu dla określonej grupy, a także najuboższym.

W zakresie medycznym siostra Anita jako pielęgniarka pomaga w tylko w oczywistych i jasnych sytuacjach. Kiedy sytuacja wymaga konsultacji lekarskiej, wysyła do lekarza, z którym ma podpisaną umowę i chorzy nie muszą płacić za leczenie.

Dzieciaki w nowych butach

Najczęstsze problemy, z którymi zgłaszają się chorzy, to tyfus, malaria – w czasie deszczu się nasila, gdyż pojawiają się komary – biegunka, kaszel, problemy ze skórą: rany, pogryzienia, co mas z kolei związek z brakiem higieny. Pacjentami są tutaj głównie mamy z dziećmi oraz starsze kobiety, choć zdarza się też, że właśnie one „pożyczają” od kogoś małe dziecko, aby otrzymać mleko czy chleb. Pewnie boją się, że kiedy przyjdą same, nic nie dostaną. Siostry jednak w miarę możliwości starają się pomagać każdemu. Bo to miejsce pomocy dla najuboższych, szczególnie z okolicznych wiosek. Zawsze są jakieś ograniczenia, bo możliwości są ograniczone.

By niejadek zjadł obiadek

„Feeding program” czyli dożywianie dla dzieci niedożywionych, nie tylko z powodu ubóstwa, ale także z powodu braku apetytu, alergii czy innych chorób, jak na przykład nieprzyswajanie niektórych składników.

Program obejmuje w jednym czasie około 30 dzieci. Czas trwania dla każdego jest inny, zależy bowiem od tego, jak szybko następuje poprawa. Zwykle są to 2‒3 miesiące. Na początku dzieci są ważone, mierzone, mamy opowiadają, z czym mają problem. W trakcie trwania programu, raz w tygodniu powtarzane są wszystkie pomiary, aby mieć obiektywny obraz zmian. Po zakończeniu programu, dzieci objęte są przez jakiś czas monitoringiem, powinny zgłaszać się raz w miesiącu na kontrolę.

Najczęściej przychodzą kobiety z okolicznych terenów wiejskich, dowiedziawszy się o klinice pocztą pantoflową, jedna od drugiej. Czasem siostra Anita sama proponuje pomoc matkom, kiedy przychodzą z chorym dzieckiem, a widać, że jest niedożywione.

Program polega na tym, że dzieci nim objęte wraz ze swoimi mamami, a czasem nawet z rodzeństwem, spędzają tu każdego dnia około 8 godzin. W ciągu dnia, w odstępach czasu dostają chleb, mleko faffę (odżywczy kleik), herbatniki oraz leki, wszystko według norm ustalonych przez UNICEF. W programie dnia jest też kąpiel oraz pranie ubrań. W zależności od tego, czy jest tutaj wolontariusz, odbywają się też zajęcia dla dzieci i mam. Większość małych dzieci spędza ten czas wtulona w ramiona mam, natomiast starsza ekipa nie opuszczała mnie na krok. Zresztą, ich mamy nie pozostawały w tyle, lepiąc z plasteliny czy malując farbami.

Na koniec dnia każdy dostaje porcję na kolację i wszyscy odmaszerowują do domów. Często podczas tego programu kobiety mieszkają u kogoś w Zway, bo droga do wioski trwałaby kilka godzin dziennie.

Zwykle chodzę tam w czasie przerw na lunch i czasem popołudniami, bo mam tam kilku małych przyjaciół. Dzieci się sukcesywnie wymieniają, ale zwykle pojedynczo, więc stopniowo poznaję wszystkich. Początki były trudne, bo dzieci w większości są małe i często pierwszy raz w życiu widzą białego człowieka, do tego dość wielkiego. Więc jedyną reakcją był płacz, który z czasem rozprzestrzeniał się lawinowo i musiałam się wycofywać. Ale było też kilku odważnych, którzy nie poddali się większości i pobiegli za mną z ciekawością sprawdzić, jakie będą efekty naszego spotkania.

W marcu miałam przyjemność popracować tam kilka tygodni, spędzając tam kilka godzin dziennie, więc mam teraz ekipę moich ulubieńców, którzy wyrośli w tym czasie jak na drożdżach. Często dzieci na początku są tak słabe, że nie potrafią nawet samodzielnie stać. Nie uśmiechają się, tylko leżą.

Efekty są naprawdę widoczne, czasem w bardzo krótkim czasie. Odpowiednio dobrane składniki, w małych odstępach czasu, dzieci dopilnowane, aby każde zjadło swoją porcję. Najtrudniej jest z tymi, które nie chcą jeść.

Piątkowe pomiary

Dni są tutaj spokojne, czasami wręcz chillout … Oczywiście pamiętając, że spotkanie jest spowodowane ubóstwem lub chorobą… Ale dzień „pomiarów”, kiedy wszystkie wyniki są dobre, jest zarazem radosny, jak i smutny, bo trzeba się rozstać. Dzieci „przepływają” przez to miejsce, z dnia na dzień nabierają sił i pojawia się na ich twarzach uśmiech. Bardzo czytelny i oczywisty obraz.

Autor

Agnieszka Truchan

Zdjęcia


Udostepnij